Zwisa mi to

Szłam sobie ulicą i wszystko mi wisiało. Ale to tak mi wisiało, że nawet kałuże mnie nie ruszały. Ani to, że mnie samochód ochlapał. Ani to, że smog gilał mnie po astmie. Ani to, że pani Wiosna wysłała meteorologom SMSa, że jej wakacje się przedłużą, bo poznała na plaży jakiegoś żigolaka, a plotki głoszą, że na pewno nie był to skromny pan Przebiśnieg. Ani nawet to, że zapomniałam portfela, nie kupię kawy i znowu będę musiała zadowolić się herbatą.

Mijałam różnych ludzi. Panią z ubłoconym pieskiem, pana z torbą na kółkach, dzieciaki z plecakami, w których prawdopodobnie niosły swoje pokoje razem ze ścianami.

Oni szli, ja szłam i nikt nic nie powiedział. A powinien.

Dopiero będąc pod domem, sąsiad, zaraz po szybkim dzień dobry, zagadał.

– Coś pani wisi… – powiedział.

Cholera, pomyślałam, skąd typ wie, że ja dzisiaj w nastroju motylka z jutjuba, rząd mam dupie i SLD mam w dupie. Spojrzałam na niego nie do końca kumając kiedy zdążył być na szkoleniu w zakonie czarnoksiężników, bo widuję go niemal codziennie i zastanawiając się ile wziąłby za sprzedanie paru magicznych sztuczek.

– Słucham? – wydukałam.

– No, z kieszeni pani coś zwisa.

Popatrzyłam w dół, wywróciłam płaszczem, uśmiechnęłam się, że to niby tak specjalnie było, takie Paprocki&Brzozowski rodem z Małopolski.

Przez pół miasta szłam z tetrową pieluchą w koniki bujane, zamaszyście czyszcząc ubłocone chodniki mojego śmierdzącego dymem miasta.

No trudno.

Komentarze

komentarzy