Złe losy

Albo może być też tak, że każdy dzień to jakby od nowa, ale trochę na niby. Że okropnie trzęsą się, ubrane w rękawiczki, dłonie i dlatego ze szklanej kuli zamiast „prawdziwe” wyciągam „nieswoje”. Obracam kuponik między palcami i wydarza się ciasny bar mleczny, gdzie zamiast naleśnikami i skórką od pomarańczy, pachnie wilczą jagodą i mokrą glebą.

Wciągam brzuch, prostuję plecy, a na ramiona i głowę ładuję nadmiar brudnych naczyń; ludzie z lisimi uśmiechami dokładają talerzy, a ci z ziemistym wzrokiem rzucają we mnie miskami. Manewruję między stolikami, uważając żeby nie skończyć z głową na betonie i robakami w uszach, bo to jak kolejny level w niskobudżetowym RPG, bez recenzji na jutjubie, więc a nuż za drzwiami kryje się lawendowy ogród o uspokajającej woni. Nigdy nie wiem.

Popycha mnie nadzieja.
Pewnie jestem głupia.

Trudno.

Komentarze

komentarzy