Zakupy przedświąteczne

Byliśmy dzisiaj na zakupach przedświątecznych. Z dwójką dzieci.
I w zasadzie tutaj mogłabym skończyć, ponieważ te zdania noszą w sobie tak ogromny pokład nieszczęścia, że wystarczą za milion innych słów i za tysiące wypitych na smutno drinków.

Ludzi w markecie było prawdopodobnie więcej niż na premierze nowego iPhone’a. Na jednym metrze kwadratowym gęściej niż w centrum Tokio.
Bandżaj taki, że aż marynowanych patisonów zabrakło, jak gdyby od ich zjedzenia zależało życie mieszkańców Sądecczyzny.

I gdy tak przebijaliśmy się przez ten zestresowany tłum, próbując znaleźć tę nieszczęsną masę kajmakową do tego diabelsko tuczącego placka; gdy, smagani wściekłymi oddechami, prawie padliśmy jak te muchy biedne w środku lata; wtedy mnie olśniło.

Przecież wszyscy, gdzieś tam głęboko, gdzieś pomiędzy żołądkiem, a krtanią, jesteśmy tacy sami.
Mamy bliskich, kochamy, smucimy się, złościmy, lubimy, tańczymy gdy nikt nie patrzy, śpiewamy w samochodzie i wszyscy, tak jak tam staliśmy, czyhając na ostatnie cytryny, absolutnie wszyscy: robimy kupę.

Wyluzowałam. Jak po dobrej posiadówie w toalecie, z pasjansem w telefonie.
Tak wiele nas łączy.

Komentarze

komentarzy