Wycinam się

Ctrl+X; na ukrytej w korze mózgowej klawiaturze wklepuję sekwencję i wycinam się z rzeczywistości. Jestem nigdzie i jestem zawsze, trochę z przodu i trochę z tyłu, jednym kawałkiem w teraz, a innym w przeszłości i przyszłości. Nie mam kształtu, ale mam cel.

Ctrl+V; wystukuję i wklejam się na najchłodniejszą, deszczową chmurę w najbardziej zwyczajnym z miast – być może w żadnym, być może w każdym.
Kładę się na brzuchu i wystawiam ręce jak najdalej, jakbym chciała puchem okryć ramiona i jakby przez całe życie było mi zbyt gorąco. Ubrana w dreszcze spoglądam w dół na ludzi pochłoniętych dniem. Każdy inny, każdy taki sam. Dokładam słone krople do tych, które już i tak zaznaczyły czoła przechodniów. Wyciągam ręce jeszcze mocniej. Chcę im podać dłoń, objąć uśmiechem i podzielić się bielą skradzioną przed chwilą z niespokojnego nieba.
Widzę ich.

Widzę Cię.

Komentarze

komentarzy