Wczesną (prawie) zimą

Moja relacja z zimą jest równie wyborna jak ta Nergala z Biblią. Z tym, że to zima jest w tej konfiguracji Nergalem. Depcze mnie i chłosta bez litości i mimo mojej szczerej niechęci, wraca szybciej niż Karolak do Violki, czyli najprościej mówiąc nasz status związku: to skomplikowane.

Ale nawet naczelnemu hejterowi pizgawicy, jakim zresztą mianowało mnie swego czasu Ministerstwo Aury Pogodowej Oraz Klimatu i Klimakterium, zdarzy się wstrzymać oddech na widok pierwszego śniegu.

Jest jakiś niewypowiedziany spokój w powolnym opadaniu białych, świeżych płatków na ostatnie zielone kawałki świata. To zresztą niesamowite, że ten cudowny zapach igłom drzew, który przywołuje przyrodę w nozdrza pamięci, nadaje dopiero puszysty chłód.
Najlepsze jednak czeka, kiedy spojrzysz w górę. Niebo jest jakby z kamienia – ciężkie i niedostępne, a na jego tle delikatnie odznaczają się białe pióra, które po zetknięciu z rozgrzaną emocjami skórą, śmiało spływają po uniesionej twarzy, w dół, na szyję i nagie ramiona.

To modlitwa bez szat, dziękczynienie bez kadzideł, prośba bez muzyki organów.
Tempo zwalnia i już naprawdę kurwa nie wiem czy te mokre policzki to śnieg, czy ja.

Komentarze

komentarzy