Zimą

Jest jakiś niewypowiedziany spokój w pierwszym, powolnym opadaniu białych, świeżych płatków na ostatnie zielone kawałki podwórka. To zresztą niesamowite, że ten cudowny zapach igłom drzew, który przywołuje przyrodę w nozdrza pamięci, nadaje dopiero puszysty chłód.

Najlepsze jednak czeka, kiedy spojrzysz w górę. Niebo jest jakby z kamienia – ciężkie i niedostępne, a na jego tle delikatnie odznaczają się białe pióra, które po zetknięciu z rozgrzaną emocjami skórą, śmiało spływają po uniesionej twarzy, w dół, na szyję i nagie ramiona.

To modlitwa bez szat, dziękczynienie bez kadzideł, prośba bez muzyki organów.
Tempo zwalnia i już naprawdę nie wiem czy te mokre policzki to śnieg, czy ja.

Komentarze

komentarzy