Ważę słowa

Taszczyłam się kiedyś niemal codziennie w miejsce, gdzie należało mieć kwadratowe myśli, wypowiedzi gładkie jak otoczaki i szaro-burą strukturę. Każdy miał taki sektor w życiu, a dla większości była nim szkoła. Wszystkim nam kazali nieustannie ważyć słowa, aż większość postanowiła nie mieć głosu.

Wzięłam więc sobie ostatnio tę radę do serca i zabrałam się za wy-ra-zy; rozdzieliłam je starannie i uznałam, że okejka, będę je ważyć, bo skoro takie to istotne to spróbuję!

Szybko okazało się, że przekleństwa dnia codziennego są najlżejsze: takie swojskie „ja pierdolę” ważyło może ze dwajścia deko, a „kurwa”, wbrew pozorom, niewiele więcej. Łatwizna.

Słowa krążyły mi po głowie, ale czas mnie gnał – szybko, szybko – zatem początkowo zdecydowałam się na „mama”, „tata”, „dzieci”. Niestety, za każdym razem, gdy kładłam je na wagę, natychmiast z niej zeskakiwały, a dzieci to wręcz z niepohamowaną radością. Zła byłam strasznie, chwyciłam ich wszystkich i rzuciłam na szalę. W tym samym momencie buchnęło dymem, zamazała mi się percepcja i po chwili nie było już trzech słów, a jedno: „rodzina”. Ciężkie to nie było, a u mnie, pewnie przez ten cholerny dym, łzy postanowiły zbić piątkę z policzkami, pomalutku kapiąc na wagę. Okazało się, że ten rodzaj okulistycznej wydzieliny jest niesamowicie lekki; nie dane było mi wtedy poznać wagi łez na smutno, ale przecież wszyscy wiemy, że jak one lecą, to słychać je na wykładzinie i czuć w oskrzelach.

Zważyłam „pracę”, „odpowiedzialność”, „smutek”, ale też „miłość” (ciężka okropnie!), „szczęście” czy „radość”. Powygłupiałam się nawet, bo chciałam zobaczyć czy „kilo orzechów” faktycznie będzie miało kilo (nie miało, bo okazało się, że słowa czasami nijak mają się do rzeczywistości). Panie, cały dzień mi zeszło, bowiem wszystko skrupulatnie zapisywałam w kajeciku, aż noc zapukała mi w okno i przyprowadziła „ciszę”mimo, że wyraźnie mówiłam: bez osób towarzyszących.

Skoro jednak rozgościła mi się w kuchni pani na gapę, potraktowałam ją znienacka i zakleszczyłam na wadze, ale nic z tego, nigdy w życiu proszęjaciebie, stereotypowa kobita, która ukryła i wymiary i wagę. Nie minął jednak tydzień, podczas którego prawie zapomniałam o ważeniu, a Cisza wróciła. Chyba tylko ja ją widziałam, bo nikt nie zwrócił uwagi jak targa mi klatę, łupie po żebrach i wciska się w moją rozedrganą pikawę. Nie mogłam wstać, ważyłam chyba z pińcet ton, człowieku! A gdy wreszcie wylazła, maszkara, na odchodne rzuciła:

– Widzisz? Potrafię być ciężka.

Innym razem leżałam wtulona przy migających światłach i zapachu ulubionego ciała, a gdy Cisza znowu powróciła, nie było mi źle, przyjemnie wręcz, jak wtedy, gdy się zakochasz i w brzuchu latają Ci ważki. Zanim zasnęłam, spakowała się bezszelestnie – jak to Cisza zresztą – i wyszeptała mi do ucha:

– Potrafię też być bardzo lekka.

Zrozumiałam. Teraz jesteśmy koleżankami na dobre i na złe. I nie pytam jej już o nic; ani nie chcę jej wcisnąć na wagę.

Komentarze

komentarzy