To dobrze, że akurat tak

Chyba było to wczesną wiosną. Nie wiem dlaczego, wspomnienia najczęściej są przybrudzone, ale wydaje mi się, że słońce świeciło bardziej na miodowe powitanie niż jesienno-zimowy paraliż.

Stała sobie w przeciągu, oparta o drewnianą futrynę dzieciństwa, w dzierganym sweterku, białych włosach, które niecierpliwe kręciły się pod małymi ramionkami, z tym swoim metrem wysokości, niebieskim spojrzeniem i wielką ufnością. Mrużyła oczy, a uszy zatykała zaciśniętymi piąstkami. Gdzieś obok fruwały gęste słowa i mocne dźwięki; poczucie winy wiło się obok jej kolorowych skarpetek z gumowymi podeszwami. Wiatr wleciał przez otwarte drzwi, poprzewracał buty i uniósł jej powieki, a główkę skierował w prawo, by zobaczyła ciężkie, słone krople na skalnej twarzy fundamentu.

Skała jest przecież mocna, można się pod nią schować, położyć obok i słuchać najmądrzejszych szeptów albo bez końca pytać „dlaczego”; można tańczyć na jej szczycie, tulić się do mchu i śpiewać kolędy w środku lata.
A jednak.
W marmurze znajomych, najsilniejszych ramion, ten początkowo rześki dzień, ze zmęczonym kaprysem leniwie upływającej doby, wyżłobił rysę.

Myślę, że to był pierwszy raz, kiedy pękło mi serce.
Teraz już to wiem.

Wtedy po prostu rozbolał mnie brzuch i zapiekły policzki.

(życie to ciągłe umieranie)

Komentarze

komentarzy