Ta typiara tak ma

Bywa, że wchodzę w miejsca z tegocobyło, chociaż w kalendarzu nadal bieżące sprawy, zapłać podatki i kup pomidory. Przeszłość zwykle cuchnie stęchlizną i grzybem, a na ścianach ma ciemne plamy wątrobowe, nawet jeśli, gdzieś, u kogoś, jakimś cudem, framugi drzwi odmierzały głównie szczęśliwe dzieciństwo i raczej próżno szukać tam potłuczonych talerzy. Po prostu tak jest; wszystko się zmienia, starzeje, płowieje i znika. Ten rodzaj smrodu jest wręcz podniosły.

W takich warunkach łatwo o melancholijne rozważania o przemijaniu, zwłaszcza kiedy za oknem znajome bratki, a tam przy stole rozjebałaś sobie łuk brwiowy i sąsiad, w drodze do szkoły, pytał czy to specjalnie. Rzucam spojrzeniem wypełnionym myślą wszędzie, gdzie się da, a ono sobie wraca i wbija się w głowę jak ten kawałek przeklętego zwierciadła, które w innym życiu Gerda próbowała wyciągnąć ze stalowego Kaya.

Niezmiennie zaskakuje mnie to, że z czegoś tak powszechnego jak śmierć potrafię ugotować sobie coś szlachetnego. Ale skoro nawet duszący zapach starego budynku, w odpowiednich okolicznościach, staje się dla mnie metafizycznym przeżyciem, to chyba i z bawełny uszyję sobie jedwabne kimono.

Komentarze

komentarzy