Szyba w rozsypce

Na galeryjanym parkingu dnia dwudziestego trzeciego sierpnia roku Pańskiego dwa tysiące dziewiętnastego jebła nam tylna szyba w samochodzie. Tak sama se. Tak, o. Być może pękła z dumy, nie wiem. W każdym razie rozsiurała się po przestrzeni postojowej z hukiem jak z reality show Wiśniewskiego i Mandaryny; w białych kozaczkach i hamerykańskich futrach.
Życie jak w filmie? Proszę bardzo, ja mam wszystko, nawet to. Szkoda, że trochę jakby tragikomedia, ale chujtam – niechaj tylko takie problemy mnie macają.

Mąż ogarnął sprawy organizacyjne i przyszło mi z tym rozpierdolonym tyłem jechać do mechanika przez pół miasta. Wtem, raptem, zza zakrętu, wyjechał za mną pan w białym audi na warszawskich blachach (nie wiem, może ta informacja okaże się w tym wszystkim istotna #huahuahua) i jął energicznie i namiętnie mrugać na mnie długimi, by dać mi znać o awarii…

Dzięki, ziomuś.
W ogóle nie przykumałam, że jadę bez szyby.

Komentarze

komentarzy