Świadkowie Jehowy

Sytuacja sprzed Wielkanocy.
Nawiedziła mnie para Świadków Jehowy z ulotkami i pieśnią na ustach. Otworzyłam drzwi i przyznam, że nawet chwilę słuchałam jak się pan tak gorliwie produkował, ale nie mogłam wytrzymać jeszcze bardziej niż zwykle przy takich wizytach, bo dziecko mi się darło o żarcie; wieczór to był.
Ale, że miłym człowiekiem jestem:
– Wie pan co… chętnie bym posłuchała, ale chyba musiałby mi pan dziecko pokarmić żebym mogła w kuchni posprzątać i mieć na to czas… – westchnęłam z nadzieją, że skuma aluzję.
– Nie ma żadnego problemu. – uśmiechnął się.

Nie skumał.

Komentarze

komentarzy