Słońca brak STOP pomocy STOP

Jak co roku, kilkaset razy (dziennie?), kiedy słońce spierdoli gdzieś za jebany horyzont marzeń człowieka, co to mu zawsze wiatr w oczy i sól na rany, ja jestem w takim punkcie wkurwu egzystencjalnego, że jeżeli zaraz nie przyjdzie wiosna, a wraz z nią długi dzień, to najpewniej dostanę pierdolca i jeszcze, niedejpanie, zacznę pisać chujowe wiersze o tęsknocie.
Kocham poezję; ale raczej czytać.

W każdym razie, codziennie chodzę z pytaniami z pogranicza jakiejś kurwa filozofii, wpisanymi w moje skronie. Niestety pytania te, oprócz pralko-suszarki między uszami, nie przynoszą żadnej znaczącej poprawy mojej sytuacji, wręcz przeciwnie: tworzę sobie jakieś indagacyjno-myślowe perpetuum mobile, po czym najpierw popadam w zadumę, potem w melancholię, następnie w smutek, by na końcu tego szlaku, po prostu się wkurwić.

Wiadomo, wszystko co robimy, czynimy po to żeby nadać życiu sens. Ale dla mnie, przynajmniej obecnie, nie jest to wystarczającą motywacją.
W skrócie: patrzę na panele i myślę „na chuj te panele”; widzę ludzi stłoczonych na parkingach albo w tych mocno skondensowanych konfiguracjach czoło-ramię-piszczel-okno, które w Bombaju czy innej Kalkucie uchodziłyby za zwyczajną kolejkę, i zastanawiam się „po co to wszystko”; stoję na mrozie, wdycham PM10 i PM2.5, patrzę jak wszyscy spieszą się, by odebrać zamówioną kurierem nerwicę, a w głowie mam tylko: „dlaczego, kurwa, dlaczego”.

Komentarze

komentarzy