Szczotka

Wiecie, ja jestem człowiekiem o skórze węża, w sensie, że taka jest specyficzna, bo łusek się jeszcze nie dorobiłam. Drapanie po pleckach: siniak; mucha przystanie na moim ramieniu by odsapnąć od srania: siniak; wiatr mocniej zawieje: siniak; w gabinecie stomatologicznym założę te śmieszne okulary a la seryjny zabója: trzy dni łażę ze zmarchą na czole. Ale okej! przyzwyczaiłam się! Niemniej, z czapką mam to samo. Ściska mi łeb i potem wyglądam jak brudnopis – ze szlaczkami na ryju. Siniaki to u mnie zjawisko częstsze niż swego czasu wpierdol na Piekle w Sączu.

Ale, że ja się, kurwa, nigdy nie poddaję, nadzieja u mnie umiera ostatnia oraz, co oczywiste, jest matką głupich, to kupiłam sobie tę szczotę taką do masażu, co to ją pół Instagrama polecało na jędrną dupę.
Ja pierdolę… no przecież jak się tym wydrutowałam, to nie pytaj, dramat. Łażę teraz jak zebra, cała w pasy – tak, że kibice Wisły mogliby zechcieć mi najebać, a jak wejdę do osiedlowego po bułki to schiza, że ktoś mnie kupi, bo wyglądam przecież jak wielki kod kreskowy.
Boję się wyjść na galeriane łowy, bo jeszcze przy kasie wypikam sobie taką kwotę, że chwilówki mi nie styknie.

Szczotki mi się, kurwa, zachciało.

Komentarze

komentarzy