Rodzice

Z rodzicami często jest tak, że choćby byli najlepsi, to jakaś pretensja, prędzej czy później, wyskoczy jak ta niechciana nitka na złym szwie w nowym płaszczu, którą to nie wiadomo czy wyrwać, obciąć, zlekceważyć, czy zszyć.
Jedni maja te nitki dłuższe, inni krótsze, jeszcze inni poplątane. Ale są; wiszą.

Myślę sobie, że większość rodziców chce mimo wszystko dla swoich dzieci jak najlepiej. Zgodzimy się, prawda? To, że my jako ludzie dorośli mamy pewne oczekiwania, nie oznacza od razu, że będą one spełnione. Każdy z nas jest jak piękny, ręcznie wypalany wazon, do którego wlewa się wodę i wymienia kwiaty całe życie. Jeśli zatem rodzice mieli tulipany, bo tylko tyle kiedyś dostali, to ciężko spodziewać się róż.
Tak naprawdę piszę to głównie do siebie, ale wiecie o co mi chodzi; po prostu można być upośledzonym emocjonalnie gdy nigdy nie było się w pewne cechy wyposażonym.
I nie chcę tutaj niczego tłumaczyć, racjonalizować, moralizować, kołczingować, fee, mam nadzieję, że mnie czujecie; chcę tylko nałożyć okulary o kolorze zrozumienia. Już mam je na nosie i już prawie przez nie patrzę.

A to wszystko dlatego, że też jestem rodzicem. I wiem, że moim dzieciom pewnego dnia objawię się jako ktoś, kto nie dał im tego, czego potrzebowały.
Bo nie umiałam, nie rozpoznałam, przeoczyłam, byłam zmęczona, nie wiem. Ale chciałabym by spojrzały wtedy na mnie nie jak na zwyrodnialca, który chciał je zniszczyć, tylko jak na dziewczynę, która pragnęła dla nich gwiazd, lecz utknęła gdzieś na szczytach gór, bo nie miała skrzydeł ani nawet zwykłej rakiety, by wzbić się jeszcze wyżej.

Komentarze

komentarzy