Pani dziecko to samolub!

Mieszkamy w bloku na osiedlu, gdzie nie znamy prawie nikogo, a już na pewno nikogo, kto ma dzieci w wieku Niny. Jeśli więc zabieram gdzieś córki na spacer, to w takie miejsca, w których wiem, że będą inne dzieciaki i Młoda będzie mogła się pobawić oraz zintegrować z rówieśnikami. Prawie zawsze wyruszamy obleczone w zabawki Szkrabąszcza coby zabawa z innymi była jeszcze pyszniejsza.

Tak było i tym razem. Nina zabrała wózek, lalkę i „akcesoria”, które stworzyła sobie w głowie, np. chusteczki higieniczne, które pełniły rolę pampersów. Doszłyśmy na miejsce, plac zabaw pełen ludu, na widok wózka wszystkie dziewczęta rzuciły się z stronę Niny: standard. Posadziłam poślady na ławce i od czasu do czasu rzucałam okiem na me dziecię w rzeczonym tłumie.

(Tutaj nadmienię, że ja w dziecięce potyczki się raczej nie wtrącam, bo za bardzo cenię swój wolny czas na świeżym powietrzu, a ponadto uważam, że moje dzieci powinny same potrafić odnaleźć się w pewnych sytuacjach, o ile nie zagrażają one ich zdrowiu i życiu. :P)

I tak sobie siedziałam, czytałam gazetę, robiłam głupie miny do Kai, słońce pięknie świeciło, drzewa rzucały przyjemny cień, a woda w butelce była zimna i niegazowana. Wtem! Usłyszałam płacz; i to taki rozdzierający uszy i trzewia. Widziałam, że dziewczynka płakała, ale że stała przy swojej – prawdopodobnie – mamie, to uznałam, że wrócę do olewania rzeczywistości. Niestety, nie dane mi było zbyt długie rozmyślanie o niebieskich migdałach, bowiem wspomniana pani-mama postanowiła mi przeszkodzić. Pograła w stylu „przyczajony tygrys”, turururu, fiufiu i nagle ni stąd, ni zowąd usłyszałam:

– Czy mogłaby pani poprosić córkę by dała się mojej pobawić lalką przez chwilę?

Ścięło mnie trochę, przyznaję, i za bardzo nie wiedziałam co mam właściwie odpowiedzieć, bo wiecie, ja od jakiegoś czasu już nie wdaję się z innymi matkami w dyskusje o zabarwieniu wychowawczo-niebezpiecznym. Ale cóż… nie mogłam udać niemowy, bo już mnie tam wcześniej usłyszeli, gdy wołałam Ninę do siebie by napiła się wody. 😀

– Wie pani co, wolałabym nie wtryniać się dzieciaczkom w zabawę. – odpowiedziałam ostrożnie.

– Aha! Czyli wychowuje pani dziecko na samoluba! – usłyszałam.

Hołdując mojej najnowszej zasadzie zen, nie odezwałam się nic a nic (duma!), rzuciłam tylko morderczym wzrokiem dla zaspokojenia swojej buntowniczej natury, krzyknęłam do Młodej, że jak skończy zabawę to pójdziemy w inne miejsce i przeniosłam się gdzie indziej. Zabawne, ale to bardziej wbiło mamuśce klina niż niejedna przeprowadzona przeze mnie w życiu wojna słowna.

No dobra, a teraz gwoli wyjaśnienia…

 

Dlaczego nie zmuszam dzieci do dzielenia się z innymi dziećmi?

Nie twierdzę, że mi się w życiu nie zdarzyło, ale opamiętałam się, ponieważ nie chcę utrwalać w swoich córkach patologicznego myślenia o sobie i relacjach międzyludzkich; mianowicie:

  • Nie chcę by myślały, że odmawianie czegoś, czego nie chcą akurat zrobić i na co się nie godzą jest złe i spotka je za to czyjś gniew. NIE oznacza NIE. Zawsze.
  • Zabawa z innymi dzieciaczkami (również w obrębie relacji siostrzanej w naszym przypadku) ma być przyjemnością, a nie formą rywalizacji i dzikim myśleniem, że po 1. jeśli będę głośniej i intensywniej się domagała, to to dostanę, bo 2. to i tak mama z tatą zdecydują czy będę to mieć, czy nie.
  • Chcę by wiedziały, że warto być miłym mimo wszystko. 😉
  • Niestety, ale miałam kiedyś sytuację (gdy Nina miała bodajże trzy latka), kiedy nie chciała wziąć ze sobą zabawek, ponieważ bała się, że dorośli każą jej oddać je innym dzieciom, gdy to akurat ona będzie miała ochotę się nimi bawić; wolała używać ich w domu, sama. Całe szczęście jakoś to rozpracowaliśmy.

Nikt nie oczekuje od nas, dorosłych, byśmy dzielili się swoimi osobistymi rzeczami z innymi (a tak właśnie dzieci traktują zabawki – jako coś bardzo dla nich ważnego), dlaczego więc wymagamy tego od dzieciaków?

I tu najlepsze: pozwalamy, by dziecko oddawało swoje rzeczy tylko dlatego, że ktoś domaga się ich głośnym rykiem, a gdy nasza latorośl wyskoczy z tym samym zachowaniem (które wcześniej przecież, u innego dziecka, okazało się skuteczne), to jesteśmy niemożebnie wściekli i chcemy, by się opanowało i spokojnie czekało na swoją kolej. Niezbyt logiczne, prawda? Dla dziecka na pewno.

 

Co robić zatem, by nie wychować małego pyszałka? 😉

Nie wtrącam się w dziecięce zabawy, serio. Zamiast tego, staram się rozmawiać z córką i pokazywać jej jak można rozwiązać problematyczne sytuacje. Daję jej wolny wybór i uwierzcie mi, to jej szybciej przychodzi podzielenie się z własnej, nieprzymuszonej woli niż innym dzieciom, gdy są zmuszone przez rodzica. Nina często potem mówi: „cieszę się, że on/ona się ucieszył/a” – dzielenie się sprawia jej frajdę, a robienie innym przyjemności jest również przyjemnością dla niej; i gdzie tu egoizm? 😉

Co prawda, kusi mnie od dawna, by podsunąć jej rozwiązanie „idealne”, tzn.: „Ty pobaw się lalką, a ja w tym czasie pobawię się wózkiem, a potem się wymienimy”, jednak czekam aż sama do tego dojdzie. Czasem podaję jej jakąś alternatywę, gdy o nią pyta, ale raczej sama decyduje jak rozegrać zajście.

No i ostatnia rzecz, to chwalenie, które uskuteczniam zawsze, gdy Nina zachowa się „odpowiednio”. Nie wiem czy to wpisuje się w obecny trend wychowawczy, ale co mi tam – prasnę Wam na klatę zdecydowanym coming outem…

Niechaj i tutaj będzie trochę kontrowersji. 😉

Komentarze

komentarzy