Paczkomaty

Poszłam wytargać przesyłki ze szpon paczkomatów.
Niestety, stojąc przy nich, jeszcze głowa mi się chichrała na myśl o sąsiedzie, który zagadał do mnie akurat gdy wynosiłam do śmieci bombę biologiczną w postaci wora z pieluchami, więc biedak musiał oddychać tylko buzią i chyba sądził, że się nie pokapuję – no sami przyznajcie – przemiły typ.

No ale, jak się po chwili okazało, zupełnie niepotrzebnie o tym wtedy myślałam, bo uśpiłam swą tygrysią czujność i nie przewidziałam, że paczkomat otworzy się wprost na mój ryj. Plaskacza jakoś bym przełknęła, ale tę dwuosobową kolejkę za mną już ciężej było.

Niemniej, odkleiłam swą godność z morderczych drzwiczek i poszłam dalej. Pod sklepem osiedlowym okazało się, że Bozia zesłała mi pocieszenie, bowiem ujrzałam dwie dziewczynki. Jedna, z nogą w gipsie, opierała się o drugą. Ta połamana to już był, lekko mówiąc, wrak człowieka: spocona, czerwona, ledwo zipiąca; widać, że kawał drogi kuśtykała. Okazało się jednak, że obie były zabójczo przeszczęśliwe:
Bez gipsu: Mówiłam żebyś została w domu, a ja bym poszła po lody.
Z gipsem: Zanim byś doszła to by się roztopiły. A tak… WARTO BYŁO!

Tak trzeba żyć!

Komentarze

komentarzy