Nie mogłam zasnąć

To było tak, że urodził się poza ogrodzeniem z bielonego drewna. Furtkę do beztroskiej teraźniejszości zamknęła mu nie tylko wszechobecna wojenna zawierucha, ale równie aktualna wówczas ciężka ręka rodzicielskiej (nie)sprawiedliwości. Teraz twierdzi, że gęste powietrze przecinały wtedy już tylko jego bezradne pojękiwania chowane pod ciężkim, dębowym stołem oraz żałosne okruchy modlitw pełnych nadziei do Boga, którego jednak szybko znienawidził za to, że zabrał mu jasnowłosną matkę zamiast ojca – kata.

Tatko, bo tak kazał na siebie mówić, miłość do syna mierzył liczbą batów odbitych na wychudzonym ciele potomka oraz godzinami, które kazał spędzać mu na kolanach w zimnym kącie ubogiej izby ich drewnianego domu. Młodemu w tych momentach zdarzało się myśleć, że wolałby spłonąć teraz, natychmiast, skruszyć się w szary popiół w rozległym pożarze i wiedzieć, że to już; że życie przeleci przed oczami, pożegna się jakimś przypadkowym wspomnieniem składającym się ze smaku soku agrestowego oraz zapachu ciała po wieczornych kąpielach w pobliskiej rzece, i da odpocząć. Zamiast tego, wydawało mu się, że ginie powoli i boleśnie, stopniowo zatruwając się dwutlenkiem węgla, wydychanym przez swojego ojca, którego obraz podstępnie i mimowolnie wdzierał się chłopakowi pod sączące pęcherze.

Młode serce, rozrywane przecież codziennie przez otaczające je śmierć i strach, ojciec zamiast ukoić spokojem, systematycznie zasypywał kilogramami soli, jak gdyby zamiast wody, to głównie z niej się składał; jak gdyby wydobyto go z kopalni pewnej upalnej nocy, przeklinając na zaduch w górniczym szybie; jak gdyby nigdy nie podjęto wysiłku urodzenia go i nigdy też nie otoczono opieką.

Szczęśliwie jednak, przeżył wojnę i tatka, ale sam już nie wiedział, co bardziej wytrawiło mu wnętrze. Rana przez długie lata uparcie nie chciała się goić.

(…)

Komentarze

komentarzy