Nie chcę (prze)spać

2008 rok, lipiec; słońce właśnie zachodzi prosto na nasze twarze. Brodzimy w rzece po kolana i nieśmiało oglądamy swoje stopy. Siedzimy na kamieniach i myślimy o następnym dniu, bo przecież nie o dalekiej przyszłości. Gdy masz naście lat przeznaczone jest Ci tylko i wyłącznie jutro. Jesteśmy my, a reszta świata to nieistotny niuans naszej rzeczywistości.

Mrużę oczy, ale uparcie patrzę przed siebie, bo popołudniowe światło nadaje magii każdej, nawet najzwyklejszej chwili. Chłonę wiatr, zapach rzeki i to dziwne coś w sercu. Patrzę w lewo i widzę łagodną, uśmiechniętą twarz. Dotykam dłonią jego policzka, a kciukiem błąkam po bliźnie na skroni. Patrzę w prawo i jestem na wodzie skąpanej w ostatnich tego dnia promieniach słońca. Uśmiecha się, bierze mnie za rękę, trzyma mocno i prowadzi przez rzekę i las, wprost na kamienną wysepkę.

Leżymy na kocu. Ubrana jestem w zieloną sukienkę w kwiaty, rozwichrzone włosy i głośny śmiech. Jest zimno i jest ciepło. Jest twardo i jest miękko. Jest ciemno i jest jasno. Gwiazdy są czyste, gapią się nam w oczy, a my bezczelnie odpowiadamy im tym samym. Jest nieidealnie i jest idealnie. Zasypiam, bo nic nie może mi się stać. Mam 17 lat.

 

Budzę się o poranku umykającego już sierpnia 2018 roku. Otwieram oczy, obracam się na lewy bok i widzę młodszą córkę. Chwilę później przybiega starsza by przywitać mnie mokrym całusem w czoło. To znowu jeden z tych dni, kiedy nie dowierzam w teraźniejszość.

W drodze do kuchni zatrzymuję się przy lustrze. Prawym ramieniem przytrzymuję mniejszą, a lewym obejmuję większą córę. Stoimy chwilę przed tą zimną, nieruchomą taflą i myślę jak to się stało, bo przecież jeszcze wczoraj przeglądałam się w ciepłej, rwącej wodzie. Mam na sobie szlafrok, kilka zmarszczek, przekonstruowane ciało i zmodyfikowaną perspektywę. Jest nieidealnie i jest idealnie.

Podaję dzieciom śniadanie, parzę sobie kawę. Siedzimy przy stole, a ja słucham dziecięcego trajkotu, widzę nieporządek w kuchni, a jeszcze większy w naszych głowach. Uśmiecham się, bo dziewczynki są doskonałe; bo idzie jesień; bo powiedział, że codziennie kocha mnie jakby od nowa; bo mam wszystko. Tylko nadal nie wiem dlaczego czas jest tak bezczelny i układa się jak płyn w pojemniku – względnie.

Jeszcze dzisiaj zahaczę o rutynę, ale i znajdę dla nas coś nowego. Jeszcze dzisiaj się przytulę, zasmucę i zaśmieję. Jeszcze dzisiaj zobaczę zachód innego już słońca i wykąpię w nim twarz. Jeszcze dzisiaj ułożę swoje dzieci do snu.

Ale sama chyba nie zasnę.

Komentarze

komentarzy