Naklejki od Karla Lagerfelda

Świat bywa czasem mocno pojebany, a epicentrum nieziemskiego przewartościowania, mam wrażenie, kumuluje się w drogeriach. Tych drogich drogeriach, w sensie.

W domu skończyły się wszelkie zapachy i szminki mi się zachciało – poszłam. Włażę więc, niestosownie zwyczajnie ubrana, w ten alternatywny świat puszków i wonności, w którym czuję się jak June Osborne opowiadająca historię podręcznej. W każdym kącie ochroniarz, toteż nie pokontemplujesz brzoskwiniowego odcienia szminki Miss Dupa, znaczy Pupa. Dopóki jest szansa, że zostawisz hajs na kasie, dopóty Twoja pupa (o ironio!) będzie traktowana najdroższą wazeliną. A ja chciałam się rozejrzeć i na dodatek przyszłam z dwójką dzieci.

Wsuwa się ta moja Młoda jak na royal wedding, kapeluszem zarzuca, suknią zamiata i wózkiem ze swoją basią, kasią czyjakąśtam zuzią wjeżdża w pałace. Trzyma się mojej dżipsi sukienki, bo jeszcze niedajboże matka sama wybierze szminkę, a przecież to ona będzie używać jej częściej. Szoruje wózkiem między diorem, a iwsanloronem, ja przed nią, szukam koloru idealnego, szybko szybko, zanim dopadnie mnie obsługa i poczucie, głębokiego jak dupa, defetyzmu tej sytuacji.

Niestety, moje przygnębiające nastawienie względem pieczary pachnącej perfumą, świecącej LEDami, ale zionącej omamami o luksusie, przyciągnęło nieszczęście z zakamarków wszechświata, bowiem na różowy kabriolet dla lalek, który przytachało moje dziecko, wpadła pani sklepowa i zachwiała nogami swemi oraz swą godnością. Pewnie gdyby mogła wyrżnąć naszą rodzinę wzrokiem, to obecnie rozrzucano by moje prochy po dzielni. Szczęśliwie, Scott Summers jest tylko jeden.

No to kajam się, dziecko się kaja, mąż się kaja, dzwonię do prezydenta, proszę by się pokajał, do matki, do ojca, wszyscyśmy się kajali, adres wzięłam i myślę sobie, list wystosuję. Pani to nie przekonało, bo po co jej listy skoro w nich nie odnajdzie utraconej dumy, ni ukojenia nie zazna. Niemniej, klusiaste serce mej córki, wytoczyło ciężkie działa i załkało żarliwie pośród tegoż galerianego blichtru. Mało kto zniesie to na sucho, nawet honorowe panie z drogerii. Zasmuciła się nieco i zechciała mi córę naprawić, a mimikę zresetować do poprzednich ustawień.

Pogrzebała w szafkach z frontami na full połysk i wyciągnęła naklejki.

– Dziękuję! – wysmarało dziecko.

– Proszę bardzo, to naklejki od Karla Lagerfelda, nie byle jakie, wiesz?

O kurwa, pomyślałam brzydko. Naklejki od samego Lagerfelda, skisłam jak kapusta, niech mnie ktoś doprawi kminkiem.

– Mamuś, co to jest karllagecośtam i dlaczego one są nie byle jakie?

Jasna pała, dobre pytanie! – wybrzmiało w mojej głowie. To taki pan, który potrafi sprzedać wszystko, nawet kocie urodziny, które są droższe niż nasze życia i nasze śmierci, a masa klakierów gotowa jest lizać futerko słodkiej Choupette, byle tylko zbliżyć się do siwego gościa w kitce. Tak pomyślałam.

– To projektant mody i – chyba – fotograf, kochanie. – tak odpowiedziałam, bo pani z drogerii raczej też chciałaby ciamkać kocią mademoiselle.

Wyszłyśmy. Nie powiem, w pośpiechu. W kiosku kupiłyśmy jeszcze jeden zestaw naklejek. Mamy więc naklejki z domu mody Ruch, nie byle jakie, wiecie?

Zostały przyklejone na honorowym stoliczku, a Karl siedzi w namiocie, ale chyba ma to gdzieś…

Komentarze

komentarzy