Może to jest czucie

Chodzi o to, że ja kocham (w) słowa. Wiem, że czasem nie wystarczają, ale wiem też co tak naprawdę ze mną robią. Lubię wyrażać się w ten sposób, więc kiedy nagle zderzam się z brakami w słowniku, to trochę zastygam pod ciężarem z ołowiu, który jeszcze niedawno był przecież tylko jednym z narządów.

Muszę rozerwać się na pół żeby zniknąć i poszukać liter, bo tylko tyle na razie mam; słowa, nic więcej. I nie wiem jak długo ma to trwać.
Więc chodzę trochę po znanym, a trochę po nowym i lepię te pierdolone głoski, bo jakaś część mnie musi nazwać swój środek. Próbuję, bo wierzę, że będzie mi łatwiej dźwignąć świeżą teraźniejszość kiedy nabierze kształtów alfabetu, ale nie umiem, kurwa, nie umiem.

Zamiast tego zbieram pojękiwania serca i westchnienia duszy, tworząc z nich nowy język. Przez chwilę czuję ulgę, a potem uświadamiam sobie, że przecież nadal rozumiem to tylko ja. Nadal nie umiem tego wypuścić w sposób, który zakomunikowałby światu w jakich barwach grają moje wdechowowydechowe dźwięki. Nadal to jest tylko moje.

I tak się bronię i osłaniam każdego dnia. Aż nagle dostrzegam mignięcie światła. Najpierw gdzieś w oddali, między budynkami, by w miarę obrotów Ziemi i moich coraz śmielszych kroków stawało się wyraźniejsze, cieplejsze

i wtedy

czuję, ale tak naprawdę czuję;
i przeszywa mnie dreszcz, że ktoś jednak czyta we mnie brak słów.

Komentarze

komentarzy