Ona tak ma

Bywa, że wchodzę w miejsca z tegocobyło, chociaż w kalendarzu nadal bieżące sprawy, zapłać podatki i kup pomidory. Przeszłość zwykle cuchnie stęchlizną i grzybem, a na ścianach ma ciemne plamy wątrobowe nawet jeśli gdzieś, u kogoś, jakimś cudem, framugi drzwi odmierzały głównie szczęśliwe dzieciństwo i raczej próżno szukać tam potłuczonych talerzy. Po prostu tak jest; wszystko się zmienia, starzeje, płowieje i znika. Ten rodzaj smrodu jest wręcz podniosły.

W takich warunkach łatwo o melancholijne rozważania o przemijaniu, zwłaszcza kiedy za oknem znajomy chłód. Rzucam spojrzeniem wypełnionym myślą wszędzie, gdzie się da, a ono sobie wraca i wbija się w głowę jak ten kawałek przeklętego zwierciadła, które w innym życiu Gerda próbowała wyciągnąć ze stalowego Kaya.

Niezmiennie zaskakuje mnie to, że z czegoś tak powszechnego jak śmierć potrafię ugotować sobie coś szlachetnego. Prawdopodobnie w ten sposób bronię bramy; to taka moja fosa z krokodylami. Ale skoro nawet duszący zapach starego budynku, w odpowiednich okolicznościach, staje się dla mnie metafizycznym przeżyciem, to chyba i z bawełny uszyję sobie jedwabne kimono.

Kowal i jego kowadło

No tak to, myślę, właśnie jest. Z tym życiem czy coś. Albo po prostu bywam królową dramatu. No trudno, podobno każdy jest inny, acz już raczej nie wierzę, by każdy był kowalem swego losu. Na pewno nie na tyle, na ile byśmy chcieli. Różne starty widuję. I różne mety. W końcu i kowalowi ktoś musiał wykuć kowadło.

Szpital

Tu się ludzie biją z życiem. Czasem, bo chcą, a czasem, bo muszą.

Muszą, bo mąż, żona, córka, syn, mama, tata, siostra, brat, wszyscy na twarzach w pełnym mejkapie z nadziei i oczekiwań. Sami się wymalowali, trochę niechlujnie, ale to nic, bo podkład przecież z dobrych intencji.

Chcą, bo lody kawowe tam drogą w dół, wiesz gdzie; bo brawa na mecie półmaratonu; bo kluski śląskie, co to mu kiedyś siadły na żołądku i rzygał pół nocy, a teraz to by zjadł bez sosu; bo zimna woda na zmęczonych stopach po spacerze uliczkami Rzymu, na razie tylko w głowie, dlatego trzeba ciągle dalej, bardziej.

Pytałam; Rzym twierdzi, że poczeka, ale czy on/a zdąży – tego Rzym nie wie.

Sen II

Ktoś namalował mnie na starej, miedzianej rynnie. Sprayem raczej. I wydaje mi się, że wisiałam tam już bardzo długo, bo tworzące mnie kolory, które odbijały się od szyby obok, wyglądały na mocno wypłowiałe.

To była górna część rury na starej, mieszczańskiej, bardzo ciasnej zabudowie, a mój anonimowy (s)twórca wymyślił mnie sobie wchodzącą w środek rynny tak, że przechodnie widzieli tylko mój profil, a i ja mogłam obserwować okolicę tylko kątem oka.

Trwałam tak sobie, wyłączona przez większość czasu, aktywując się tylko wieczorem przy bladym świetle wnętrz okolicznych domów. Musiałam być całkiem przyzwoitym malunkiem, bo goście lokalu, przy którym wisiałam, ciągle robili mi zdjęcia. Czułam, że mogę z nimi porozmawiać, ale dzieliło nas zamknięte, podwójne okno, z odrapaną farbą; chyba białą.

Było niesamowicie. Ciepło i spokojnie. Obudziły mnie dźwięki pobliskiej budowy.

Piętnaście minut

Kawa, wdech nosem, wydech ustami; piętnaście minut do wyjścia, a jednak kubek trzymam pewnie i nie szukam wzrokiem płaszcza. Zdążę jeszcze chwycić pióro i przepuścić przez siebie cały potok słów. Ucieszę się ze szklistych soczewek przy chłodnej szybie nad stertą książek i zmrużę oczy mocniej niż powinnam. Nadam dniu właściwy ton, bo nie mam nic więcej i chyba o tym wiem (teraz, już, jeszcze).

Piętnaście minut; dekadę temu nie zdążyłabym nawet nakremować dłoni na mróz, już biegłabym pod górę, po bruku, obok kapliczki i latarni ze zbitym kloszem.

Wybiera się jak się czuje czas. Wybiera się gdzie postawić kreskę na osi.

Luty dwazero dwazero

Luty. Chyba wytrzymam jeszcze trochę. Niedługo otulę się już tylko jedną warstwą; odzieży również. Rzucę ciche „witaj”, a ono nie odbije się od ciemnego, stężonego powietrza, nie wróci jak bolesne echo niedoczekania. Będzie przestrzeń i czysty, wartki nurt słóworazzdarzeń, a to co wypuszczę poleci tam, gdzie powinno – z dala, kurwa, ode mnie.

Do Ciebie.

Złe losy

Albo może być też tak, że każdy dzień to jakby od nowa, ale trochę na niby. Że okropnie trzęsą się, ubrane w rękawiczki, dłonie i dlatego ze szklanej kuli zamiast „prawdziwe”, wyciągam „nieswoje”. Obracam i mielę kuponik z wróżbą między palcami; wydarza się ciasny bar mleczny, gdzie zamiast naleśnikami i skórką od pomarańczy, pachnie wilczą jagodą i mokrą glebą.

Wciągam brzuch, prostuję plecy, a na ramiona i głowę ładuję nadmiar brudnych naczyń; ludzie z lisimi uśmiechami dokładają talerzy, a ci z ziemistym wzrokiem rzucają miskami pod moje stopy. Manewruję między stolikami, uważając żeby nie skończyć z głową na betonie i robakami w uszach; to ciągle jeszcze wygląda mi na kolejny poziom w niskobudżetowym RPG, bez recenzji na YouTube, zatem być może za drzwiami kryje się lawendowy ogród o uspokajającej woni. Nigdy nie wiem.

Popycha mnie nadzieja.
Pewnie jestem głupia.

Trudno. Siematoja.

Sen I

Leżałam na nierównym asfalcie, a przed oczami, w odległości około dwudziestu centymetrów od mojej twarzy, wisiały dwie nieregularne plamy, na których ciemnym tle iskrzyło się setki albo tysiące srebrno-szarych drobinek. Po prostu przykleiły mi się do krajobrazu, dokładnie na zmiennej trajektorii mojego wzroku. Pocieranie oczu, intensywne mruganie, łzy bezsilności – wszystko na nic, łaty przysłaniały mi kadr, którego strzępy wyłapywałam pokątnym skupieniem umysłu.

Wokół mnie zbiegało się coraz więcej ludzi próbujących podnieść mnie z ziemi; bezskutecznie. Wysoki, kobiecy głos zachęcał mnie do samodzielnego wstania ze środka tego jebanego skrzyżowania, czego pragnęłam z całych sił, ale nie potrafiłam zrobić. Wezwano więc policję, która wyrwała mnie z kawałkiem ulicy, a potem taką zimną i obojętną zaniosła na dołek, ponieważ nie można zakłócać ruchu drogowego, a już na pewno nie swoim nieruchomym ciałem.

Na komendzie kazano mi wypełnić plik papierów, choć gdyby ktoś zapytał mnie o imię matki, odpowiedziałabym, że Waldemar, a na drugie Kazimierz. Kiedy weryfikowano moje pisemne zeznania, konfrontując je ze stanem quasi-rzeczywistym, okazało się, że niestety, ale raczej zostanę w więzieniu na zawsze.
– W rubrykę „gatunek” wpisała pani „gad/aligator”… – z wyraźną pretensją w głosie, rzucił mi w mordę wątły policjant.
– Tak. A czy coś się, przepraszam, niby nie zgadza? – zapytałam; nadal konsekwentnie przyklejona na sztywno do resztek węlowodorowego lepiszcza.

Dystraktor

Ze wszystkich umiejętności społecznych (?), jakie bozia mi dała, a jakie, siłą upływającego czasu, rozwinęłam, za najbardziej szlachetną uważam tę, która odpowiada za zmianę kierunku przepływu myśli; trochę jakby odwracanie uwagi, a chyba bardziej nawet, że można na mnie polegać. Czy coś takiego.

Bliżej mi do ludzi, bo gdzieś tam pod żebrami czuję i wiem, że nie chodzi o zapominanie, a o to by to, co kłuje odpowiednio oszlifować i z równą czułością, z jaką traktuje się przyjemne wspomnienia, ułożyć na brzegu pamięci. W sensie, że sprawczość uspokaja; ta mentalna również.

Wydaje mi się, że w przypadku najmroczniejszych strachów, wszyscy startujemy z tego samego pasa, a ja coraz lepiej czuję się w roli dystraktora, tła, laleczki z saskiej porcelany; która wyprasuje pomiętą duszę, pogłaska bolące miejsce i przypomni, że to dobrze, że życie nie jest gładką, prostą autostradą ani nawet – choćby stromymi – schodami.

Że… że… żeee… to więcej.


Słońca brak STOP pomocy STOP

Jak co roku, kilkaset razy (dziennie?), kiedy słońce spierdoli gdzieś za jebany horyzont marzeń człowieka, co to mu zawsze wiatr w oczy i sól na rany, ja jestem w takim punkcie wkurwu egzystencjalnego, że jeżeli zaraz nie przyjdzie wiosna, a wraz z nią długi dzień, to najpewniej dostanę pierdolca i jeszcze, niedejpanie, zacznę pisać chujowe wiersze o tęsknocie.
Kocham poezję; ale raczej czytać.

W każdym razie, codziennie chodzę z pytaniami z pogranicza jakiejś kurwa filozofii, wpisanymi w moje skronie. Niestety pytania te, oprócz pralko-suszarki między uszami, nie przynoszą żadnej znaczącej poprawy mojej sytuacji, wręcz przeciwnie: tworzę sobie jakieś indagacyjno-myślowe perpetuum mobile, po czym najpierw popadam w zadumę, potem w melancholię, następnie w smutek, by na końcu tego szlaku, po prostu się wkurwić.

Wiadomo, wszystko co robimy, czynimy po to żeby nadać życiu sens. Ale dla mnie, przynajmniej obecnie, nie jest to wystarczającą motywacją.
W skrócie: patrzę na panele i myślę „na chuj te panele”; widzę ludzi stłoczonych na parkingach albo w tych mocno skondensowanych konfiguracjach czoło-ramię-piszczel-okno, które w Bombaju czy innej Kalkucie uchodziłyby za zwyczajną kolejkę, i zastanawiam się „po co to wszystko”; stoję na mrozie, wdycham PM10 i PM2.5, patrzę jak wszyscy spieszą się, by odebrać zamówioną kurierem nerwicę, a w głowie mam tylko: „dlaczego, kurwa, dlaczego”.