#mama

Gdzieś pomiędzy jajecznicą, książkami i lego, w przejściu z poranka w południe, wycinek serialowego podkładu (prze)życia zatrzymał mnie na moment przed telewizorem w aranżacji ramiona wzdłuż ciała, stopy na szerokość ramion.

Spoglądałam na dziewczynę, która za pomocą magicznego klucza zwiedzała tę część swojej głowy, gdzie przechowywała wspomnienia po zmarłym ojcu. Wzięła kostkę z wideo z przeszłości w dłonie i zobaczyła, że na jej wczesnych urodzinach w oceanarium towarzyszył jej nie tylko tata – jak do tej pory sądziła – ale również, trochę z boku, trochę jakby mimochodem, trochę bez szumu, mama, na którą o poranku jeszcze tego samego dnia, wylała całą złość swojego niewielkiego świata.

Pomyślałam sobie wtedy, że ze mną chyba też tak jest i że przyjmuję tę rolę z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jestem ciągle tu i teraz jako kompas, przewodnik, wodzirej na imprezie życia i to takiej kiedy już nie wiesz po co i dlaczego, bo to czwarta nad ranem, więc weź mnie za rękę. Jestem ścianą pod dekoracje, płótnem pod obraz, pięciolinią pod kompozycję. Od poniedziałku do niedzieli ciężko o nieustanne fajerwerki; ze mną są obiady, spacery, mycie zębów, a nie noc sylwestrowa, po której budzisz się pod koniec karnawału. Ale to dobrze, moim córkom tego właśnie ze mnie trzeba; od tła jestem ja.

I tak stąpając brzegiem krawężnika tych połamanych rozmyślań, spotkałam nagle moją mamę. Ona też zawsze wiedziała, że być może zaaferowany montażysta wytnie ją z tego filmu, ale wie też, przeglądając się w moich decyzjach, dzieciach czy zwykłej filiżance z niezbyt częstą kawą, że tam była i to jej wystarcza.
To prawda, że macierzyństwo przyspiesza poznanie. A już na pewno tej perspektywy, która do tej pory wydawała się spoza świata 3D.
Dzięki, Mamuś.

Komentarze

komentarzy