Lekcja

Siedział na starym tapczanie przykrytym czarno-zielonym kocem w geometryczne kształty. Kładąc prawą nogę na lewą, przygarbił się jeszcze mocniej, jakby ramiona chciał wcisnąć w przeponę, a zębami wgryźć się ponad pępkiem i tym samym przyspieszyć znikanie; nie jak do tej pory, po kawałku, tylko teraz, natychmiast, w kuchni, w cieple, z kawą w szklance z metalowym koszyczkiem; gdy w głowie jeszcze łączą się kropki i zrozumienie cudzych słów nie ginie w lesie splątanych myśli.

Ale nie zniknął. Nie wtedy. Zamiast tego pociągnął nosem, odchrząknął, machnął rękami przed zatroskaną twarzą, łapiąc w dłonie niewidzialną muchę i, lekko skrępowany swoją nieporadnością, opowiedział mi dlaczego to wszystko takie wykąpane w szambie; to jego życie, w sensie, w tych momentach przydrożnych rowów, parkowych ławek i obcych drzwi wąskiej, małomiasteczkowej zabudowy.

Poczułam i chyba też mnie zabolało. Ale nadal nie rozumiałam po co. Dopiero parę lat później, biegnąc gdzieś za uciekającą dobą, odkryłam, że można mieć wymówkę /przeciw/ albo powód /do/ oraz, że obie te rzeczy mogą być tak naprawdę tym samym.

Niechcący pokazał mi, że nie każdy chce i nie każdy potrafi być

szczęśliwy.

Komentarze

komentarzy