Grzmoci

Moje życie z dziećmi wygląda jak walka na wyprzedaży w odzieżowym. Trochę śmiech i radość, bo funkiel nówka zasiliła właśnie armię ubrań w szafie, a trochę jednak dziwnie, bo trzeba nam było schować godność i rzucić się po ciuszka.
(Żartuję, nie robię tego, wolałabym chodzić w dzwonach szurających o błoto niźli bić się o ubranie…)

Ciuchy, ciuchami, ale po spożywcze trzeba latać regularnie. Wygramoliłam się dzisiaj z córami po żarło na obiad do osiedlowego sklepu. Nabrałyśmy prowiantu i ustawiłyśmy się w dość sporawej kolejce. Stoimy sobie za panią z – na oko – trzyletnim synkiem, czekamy, nagle zaczęło grzmieć.
– Mamuś! Jezusmaria! Ale GRZMOCI! – wzdrygnęła się na cały głos Młoda, dla której najwyraźniej „grzmoci” i „grzmi” to jedno i to samo.
Nie zdążyłam jeszcze nic odpowiedzieć, gdy odwróciła się pani stojąca tuż przed nami, o której wcześniej wspomniałam i, cała czerwona, wyburczała cichutko:
– Przepraszam, to pewnie znowu mój syn.

Nawet nie wiem co napisać. Moje życie to kabaret.

Komentarze

komentarzy