Fri-dom

Mniej lub więcej lat temu rozpoczął się kosmiczny projekt pt. „Ty/Ja: człowiek”. Z całą niesamowitością zdarzeń, (nie)istniejących przypadków, a z niezawodnością przeznaczenia. To się nie „stało” – to się dzieje.

Przyszliśmy na świat kompletnie wolni od uprzedzeń, schematów i ram, za to całkowicie zależni od opiekunów. Uposażeni w bardziej lub mniej wolną wolę, napompowani cudzymi oczekiwaniami, wypełnieni wiekowymi obietnicami jutra, osiągnąwszy umowną „dorosłość”, w otoczce konwenansów, jako naturalnej konsekwencji rozwoju cywilizacyjnego, odzyskujemy drobną namiastkę pierwotnej wolności.

Życie nie jest najłatwiejszą drogą, ale drugiej, równoległej, poza obszarem filozofii nauki, prawidopodobnie nie ma. Dlatego idziemy, spotykając ludzi i budując relacje. Lubię życie jako drogę: mam wtedy w głowie goniący mnie zachód za plecami i przygodę przed sobą. Niemniej, ludzkie trasy krzyżują się i to na fundamencie właśnie tej dosyć pozornej wolności.

Na ile, tak naprawdę, potrafimy przyjąć ciężar wolności i konsekwencje wyborów w jej obrębie? Jak często związki trwają przez uzależnienie, umowy, odpowiedzialność, która spadła przedwczoraj, a nie przez świadomy wybór konkretnej osoby; wybór w wolności? Czy umiemy przyjąć ten dar z całym jej gęstym, lepkim i ciągnącym się środkiem?

Czy bez tego życie to w ogóle… życie?

Komentarze

komentarzy