Efekt motyla

Starsze niż moja dusza porzekadło uczy nas, że w przyrodzie nic nie ginie; ja dodam jeszcze, że w naszym społeczno-cywilizacyjnym grajdole również.
Piszę o tym w kontekście stosunków międzyludzkich kiedy wydaje nam się, że robiąc drugiej osobie – być może niewinne, malusieńkie, niedostrzegalne wręcz – emocjonalne „kuku”, dołączamy się do oceanu kropel, które drążą skałę i pomału podmywają jej fundamenty. Potem ten poturbowany głaz idzie dalej przez świat i BYĆ MOŻE ułoży sobie relacje, ale według mnie, jak przy efekcie motyla, na skrzydłach tego małego owada poniesie się rana, którą otrzymał.
I wiecie, bardzo możliwe, że nie dotknie nas to osobiście. Ale przyczynimy się do puszczenia i powiększenia fali krzywdy, która może dosłownie zmieść psychikę naszych córek, synów, wnuków, sióstr, braci, etc.
Tak jest w każdej relacji, a już na pewno tej międzypłciowej, która to w obecnych czasach narażona jest na masę, często urojonych, konfliktów. Nie traktujemy się nawet ze zwykłą, ludzką przyzwoitością – nie tylko mężczyźni kobiety, co mamy w zwyczaju podkreślać, ale i kobiety mężczyzn – (mam wręcz wrażenie, że większość sporów wyskoczyła z kreskówki), więc w efekcie ciągle słyszy się o „kryzysach” męskości i kobiecości.
W skrócie…
Co zasiejesz, to zbierzesz, czy nie tak?

Komentarze

komentarzy