Dziura w parkiecie

Są dni, że wstając z łóżka wpadasz między szparę w parkiecie; taki jesteś malutki. Jak jakaś liofilizowana jagoda. Wszystko jest za duże, za ciężkie i niedostępne. Ulubiona bluza nie działa bez ulubionego brzucha, bo to też nie jest tak, że pod każdy kaptur można się schować – pod większość nie można. Jeszcze gdyby ktoś zechciał cię w kieszeni przenosić cały dzień albo na ramieniu ułożyć w kosteczkę żeby pośmiać się razem stojąc na skrzyżowaniu na czerwonym świetle; tylko tak czule, nie z kogoś. Ale jest 6:50, księżyc jeszcze wisi; widnieje. I jednak wybierasz być dla kogoś tym schowkiem właśnie. Bardziej niż niebieską plamką. Ona jest tam jeszcze, jasne, uszami próbuje wypłynąć, więc jej puszczasz na słuchawkach the doorsów. A kieszeni to mamy zwykle przynajmniej dwie przecież. Czasem też plecak, torebkę. O, albo dłonie dwie ułożone w tę taką śmieszną miseczkę – jak nad rzeką w upalny dzień, do polania rozgrzanego czoła. Po prostu lubię myśleć, że zawsze jest gdzieś alternatywa do tego, co nam się wydaje.

Komentarze

komentarzy