Dół

Wpadłam kiedyś do dziury większej i głębszej niż słowa ludzi dobrej woli. Pełno było tam ostrych krawędzi i lepkiego błota, a pierwszą myślą, która spadła mi pod nogi, było mgliste oczekiwanie. Szybko przypomniałam sobie jednak, że jestem tworzywem z kolorowego szkła, wydmuszką, która nie nadaje się do kolejki i postanowiłam, że natychmiast stamtąd pójdę. Sama. Ustawiłam się tyłem do mchu porastającego głazy, bowiem jeszcze pamiętałam, że najlepiej kierować się na północ; pomyślałam – nic to, najwyżej dojdę pod biegun i jakoś wrócę do kraju, może tanimi liniami – i ruszyłam.

Droga była ciemna, wilgotna, pachnąca leśną ściółką w warkoczu z torowiskiem po wiosennej burzy; wydawała się nie mieć końca, a za każdym razem, kiedy chciałam odpocząć, wokół mnie wyrastało sześć nowych tras. Musiałam się mocno pilnować, by trzymać się tej wcześniej obranej, zwłaszcza że każda z nowych dróg kusiła zapachem lawendy, krótkimi błyskami jaskrawych reflektorów i obietnicą szybszego końca tej nietypowej wędrówki.

Bywało, że idąc, spotykałam zwierzęta, rośliny, zastawy, sztućce, meble, ziarniste zdjęcia, ale nigdy innych ludzi. Na szczęście nie było tam zupełnie cicho, gdyż niezliczone szmery, wiatr i nieśmiałe dreszcze tego przedziwnego ekosystemu zagłuszały odgłos płynącej w moich żyłach krwi. O dziwo, nie bałam się, na swoim biodrze czułam bowiem niewyraźny ciężar, a zarazem miękkość, na przedramionach lekkie drętwienie, a na szyi, tuż pod uchem, pokorny oddech.

I tak szłam i szłam, i przysięgam, że trwało to rok, pewnie jeszcze dłużej. Ciągle mgła, szarość, tunel i ja. Na początku drogi nie mogłam znieść swej nieskończonej samotności, lecz im dalej szłam, tym mocniejsze stawiałam kroki, a moje własne towarzystwo przestało mnie męczyć i zaczęło ciekawić. Pewnego razu (przez uparcie panujący grafit przestrzeni, nie byłam w stanie określić czy był to dzień, czy noc), obudziłam się z poczuciem, że co prawda znowu czeka mnie monotonia niezmiennej podróży, jednak szczerze mnie to ucieszyło. I z tą myślą rozstąpiła się nade mną ziemia.

Gliniane sklepienie zaczęło sypać mi się na głowę, cofnęłam się w bezpieczne miejsce. Przeczekałam tę dziwną anomalię, a gdy niepokój ucichł, wychyliłam się by zobaczyć, co też się tam stało. Popatrzyłam w górę – stał tam on. Jak zawsze miał na/w sobie uśmiech, ciepłe spojrzenie i szorstkie dłonie, które wyciągał w moją stronę.
– Tęskniłem.
– To już? Wracam?
– Tak. Ściana pękła sama. Wcześniej, ilekroć próbowałem ją zniszczyć, łamałem sobie paznokcie, palce i serce.
– Przepraszam.
– Przestań już. Nawet nie wiesz jak się cieszę.


Złapałam go za rękę i zawisłam, a on miał wielką siłę całego świata; wyciągnął mnie na górę, podczas gdy ja pomagałam mu jedynie dobrą myślą.
Było mi dobrze.
I ciepło. I jasno.

Komentarze

komentarzy