Dół

Wpadłam kiedyś do dziury większej i głębszej niż słowa ludzi dobrej woli. Pełno tam było twardych kamieni, na dodatek musiałabym stać i czekać na pomoc, a ja tego nie lubię, więc postanowiłam, że pójdę i załatwię to na własną rękę. Ustawiłam się tyłem do mchu porastającego głazy, bo podobno najlepiej kierować się na północ, pomyślałam – kij to, najwyżej dojdę do Norwegii i wrócę do kraju Ryanairem – i ruszyłam.

Droga była ciemna, wilgotna, wydawała się nie mieć końca i za każdym razem, gdy chciałam odpocząć, wokół mnie wyrastało sześć nowych tras. Musiałam się mocno pilnować, by trzymać się tej wcześniej obranej, zwłaszcza, że każda z nowych dróg kusiła jaskrawym światłem i obietnicą łatwego końca.

Bywało, że idąc, spotykałam zwierzęta, rośliny, zdjęcia, meble, ale nigdy innych ludzi. Na szczęście nie było tam zupełnie cicho, niezliczone szmery, wiatr i mój ciężki oddech zagłuszały odgłos, płynącej w mych żyłach, krwi. O dziwo, nie bałam się, na swoim biodrze bowiem czułam niewyraźny ciężar i ciepło, a na szyi, tuż pod uchem, nieśmiały oddech.

I tak szłam i szłam i przysięgam, że trwało to chyba rok, a może nawet dłużej. Ciągle mgła i ciągle ja. Na początku drogi nie mogłam ścierpieć tej samotności, lecz im dalej szłam, tym pewniejsza byłam i moje własne towarzystwo przestało mnie męczyć, a zaczęło ciekawić. Pewnego razu (przez uparcie panującą ciemność nie byłam w stanie określić czy był to dzień, czy noc) obudziłam się z poczuciem, że co prawda, czeka mnie monotonia niezmiennej podróży, ale szczerze mnie to ucieszyło. I z tą myślą rozstąpiła się nade mną ziemia.

Gliniane sklepienie zaczęło sypać mi się na głowę, cofnęłam się w bezpieczne miejsce. Przeczekałam tę dziwną anomalię, a gdy niepokój ucichł, wychyliłam się by zobaczyć, co też się tam stało. Popatrzyłam w górę – stał tam On. Jak zawsze miał uśmiechnięta twarz, ciepłe spojrzenie i szorstkie dłonie, które wyciągał w moją stronę.

– Tęskniłem.

– To już? Wracam?

– Tak. Ściana pękła sama. Wcześniej, ilekroć próbowałem ją zniszczyć, łamałem sobie paznokcie, palce i serce.

– Przepraszam.

– Już przestań. Tak się cieszę.

Złapałam Go za rękę i zawisłam, a On miał wielką siłę całego świata, i wciągnął mnie na górę, podczas gdy ja pomagałam Mu jedynie dobrą myślą.

Taką myślą z pluszu; taką o mnie, o Nim i o nas.

I było mi dobrze.

I ciepło. I jasno.

Komentarze

komentarzy