Diament

Walizka z życiowymi zasobami, od czasu do czasu, gdzieś po drodze, lubi nam się wypierdolić na całej szerokości, tuż po pięknym występie, którego centrum stanowić miał potrójny axel, niekoniecznie natomiast przetrącony obojczyk. W tym samym czasie, wśród mocno zmieszanej publiki, kurewsko zimny wiatr z północy omiata zwykle rzeczywistość tak zaciekle, że trudno pozbierać się na nowo. To normalne, wszyscy tam byliśmy/jesteśmy. Pewnie też znajdzie się ktoś, kto pomoże pozbierać klamoty, ale w dalszą, wewnętrzną drogę ku lepszemu nie zabierzemy turysty czy jeńca – nie po to dani nam są towarzysze.

Internet, w czasach monetyzowania zewnętrznych źródeł pseudo-motywacji, każdego dnia krzyczy do mnie hejhejgosia, jesteś wyjątkowa; jedyna w swoim rodzaju. Jesteś diamentem. Do tej pory uważałam to za niegroźne pierdolenie w celu podbudowania kruchego ego ludzi z krótkim penisem mentalnym – czyli, nie oszukujmy się, każdego z nas. Ale kiedy już wytarzam się w błotku nadwrażliwego panicza, to chcę czegoś więcej. Błoto zaczyna mi śmierdzieć i wcale nie pomaga na cerę. I pomyślałam, sobie, że tak – jestem tym jebanym diamentem, tylko to jabłko musiałam ugryźć od strony, której zła macocha nie zdążyła zatruć.

Diament krystalizuje pod ciśnieniem ponad 70 ton na centymetr kwadratowy i w temperaturze powyżej 1300 stopni Celsjusza; około 200 kilometrów pod ziemią, czyli w ciemnej dupie. Warunki raczej skrajne, nie da się ukryć. Takie, w których każdy z nas znalazł się przynajmniej raz. To, co we mnie najcenniejsze powstało właśnie dzięki temu, że wstałam, by klęskę przekuć w doświadczenie, a doświadczenie w kolejną cechę swojego ewoluującego charakteru.

Walka ze słabościami, dodatkowo w ekstremalnych sytuacjach, kreuje w nas najlepsze i najsilniejsze zalety; głęboko w to wierzę.

Jesteś diamentem. Bo tworzysz (się) w i z ciemności.
Bo chcesz.

Komentarze

komentarzy