Człowiek bez miejsca

Trzytysięczna, i na pewno nie ostatnia, przeprowadzka w moim życiu, łapiąc mnie delikatnie za ręce, poprowadziła przez mentalny labirynt miejsc, których (już?) nie mam, a które mają mnie.

Jestem samozwańczym i niegodnym przedstawicielem ludzi bez kąta; w każdym bowiem znajdzie się pajęczyna, która mnie uśmiecha i wszystkie miejsca są moje, więc tak naprawdę żadne nie jest.

Przez organiczne dziury w zaufaniu nie uklepuję legowiska na dłużej, przez brak mocnych korzeni nie czuję potrzeby przynależności, przez słabe liny w setkach relacji opartych na small talkach nie zarzucam sieci i nie czekam – raczej walczę.

Wszędzie zostawiam po kawałku naskórka, garści włosów, oddechów i wspomnień, a wszystkie te miejsca zostają we mnie na wysokości ściśniętego żołądka, nie tworząc jednak spójnej całości, a dając mi jedynie melancholijny wgląd w potłuczone lustro, posklejane niedbale z mnogości minionych wydarzeń.

Niespokojne błyski między zwojami nie pozwalają mi na głęboki wdech wśród nieładu ulic, mieszkań, domów czy ogrodów; oddycham płytko i nieskładnie, oglądając świat z wysokości cudzych dachów – czasem tylko pozwalając sobie na spojrzenie w stronę słońca, by jednak po chwili poparzyć oczy.

Chaos, bałagan; a w środku ja.

Spoglądam w siebie z szeroko otwartymi oczami, ale ciągle nie porządkuję.

Komentarze

komentarzy