Czerwona Strzała Południa z hakiem

Parę lat temu, kiedy jeździłam jeszcze ukochaną Czerwoną Strzałą Południa w postaci Volkswagena Sharan 1.9 TDI z – co ważne – hakiem, chcąc wyjechać ze szpitalnego parkingu, nadziałam się jak szaszłyk na audiczkę pewnejpani, nówka-sztuka, lakier w cenie mieszkania na Manhattanie, no generalnie zajebiście, c’nie.
Niemniej, najcudowniejsze w tej historii jest to, że nie miałam pojęcia o tym, że haczyskiem zrobiłam kobiecie rysę na samochodzie i godności, bo nawet nie poczułam jak mój karmazynowy byk osiada na srebrnej krasuli tejże pani, zatem w glorii i chwale, pod czujnym okiem Wielkiego Brata z monitoringu, z podniesionym, niczego nieświadomym czołem, spierdoliłam z miejsca zdarzenia.

Tydzień po moim debiucie jako drogowa faja, spacerując z dzieckiem po dzielni, otrzymałam telefon od małżona, że cała jednostka policji ze wsi, w której jesteśmy zameldowani, na czele z wójtem, proboszczem i sklepową, szukają mnie, bo w systemie samochód jest, ale naszych danych ni chuja. Znaleźli mnie, bo znają mojego teścia, great. Szczęśliwe, Damian był wtedy niedaleko, więc pojechał tłumaczyć mnie na posterunek; pozwoliłam mu nawet zwalić na to, że przecież wie pan, żona, noo baba, po prostu baba jechała.

Nic to, musiałam załatwić sprawę osobiście na komendzie w Nowym Sączu, gdzie zawiózł mnie kolega mojego taty, bo ja zostałam bez pojazdu, nie pamiętam dlaczego, ale chyba Damian go gwizdnął.
Przyjechaliśmy na komendę, musiałam czekać z jakimś, kurwa, czipem jak na jedzenie w centrum handlowym – dobrze, że nie wibrowało, gdy była moja kolej. Ziomek taty nie chciał mnie tam zostawić, bo się o mnie bał, więc nie wiem: albo mam ryj kryminalisty, albo kompletnej sieroty.
Wreszcie pan policjant zaprosił mnie do swojego biura, obśmiał całą akcję z powodu szramy na audicy i prawie płakał kiedy szukaliśmy jej na zdjęciu z monitoringu. Polaliśmy dupę, ale mandat mi wypisał; szkoda było zatem udawać, że jest zabawny, cholera.
Po wszystkim musiałam zapierdalać przez całe miasto na nogach, bo przecież kolegę ojca odprawiłam z zapewnieniem, że mnie nie zamkną i że nikogo nie zabiłam, ale jestem bliska, więc niech już jedzie.

To było chyba trzy lata temu. W tym roku ubezpieczyciel obciążył mnie kosztami naprawy. Prawie dwa i pół kafla w plecy, proszę państwa. Za brewkę nad kołem.

Więc powiem Wam jedno… morał z tej historii jest jasny: pozbądź się haków, bo nawet nie poczujesz jak komuś krzywdę zrobisz!
(Albo naucz się znikać z miejsca wypadku bezszelestnie jak ninja.)

Komentarze

komentarzy