Chcesięmnietobie

Są takie dni, że człowieczeństwo w całej swej rozciągłości powoduje, że się zachwycam i wylewa się ze mnie miłość do wszystkiego co… ludzkie; po prostu. Do prób i błędów, wzlotów i upadków, pionu i poziomu, sukcesów i porażek. Ale bywa też jak dzisiaj, że nie mogę wytrzymać pod ciężarem sprzeczności, które (jak zauważam ze ściskiem żołądka) sama na siebie nakładam. Ja to robię, ja! sobie samej. Ja sprzed miesiąca, ja sprzed roku, ja sprzed odpowiedzialności, ja sprzed lawiny, ja sprzed wyobrażeń, ja sprzed dnia narodzin, ja sprzed… robię to sobie z teraz.

Mieszam się, wi(b)ruję, obracam w miejscu i wszystko mnie boli – jak po przydługim balu za szczelnie zamkniętymi drzwiami. Potrzebuję pomocy i jej nie potrzebuję. Chcę uwagi, a jednocześnie chcę zniknąć. Chcę wolności, a zarazem nie umiem udźwignąć jej ciężaru, a co więcej, muszę mierzyć się z cudzymi o niej myślami. Nie istnieję poza kontekstem powszedniości. Nikt mnie tak naprawdę nie widzi, bo niby jak miałby to zrobić, skoro nawet ja, patrząc w lustro, widzę tylko ciemność, jedynie od czasu do czasu nieśmiało rozświetlaną dwoma błyskami gdzieś w okolicach oczu.

Niby wiem, że ta gra ma w instrukcji tłusty zapis o wielu zastrzeżeniach i pewnie dotykając teraz zimnej klawiatury, próbując się posprzątać, też je mam, ale chyba łamie mnie myśl, że nie można mnie chcieć bez oczekiwań i że nie potrafię tego nawet ja dla ja; ona dla ona.

(Ale to prawdopodobnie też ta część bycia człowiekiem, która może czasem zachwycić.

I może kiedyś zachwyci.)

Komentarze

komentarzy