Archiwum kategorii: śnię

Sen II

Ktoś namalował mnie na starej, miedzianej rynnie. Sprayem raczej. I wydaje mi się, że wisiałam tam już bardzo długo, bo tworzące mnie kolory, które odbijały się od szyby obok, wyglądały na mocno wypłowiałe.

To była górna część rury na starej, mieszczańskiej, bardzo ciasnej zabudowie, a mój anonimowy (s)twórca wymyślił mnie sobie wchodzącą w środek rynny tak, że przechodnie widzieli tylko mój profil, a i ja mogłam obserwować okolicę tylko kątem oka.

Trwałam tak sobie, wyłączona przez większość czasu, aktywując się tylko wieczorem przy bladym świetle wnętrz okolicznych domów. Musiałam być całkiem przyzwoitym malunkiem, bo goście lokalu, przy którym wisiałam, ciągle robili mi zdjęcia. Czułam, że mogę z nimi porozmawiać, ale dzieliło nas zamknięte, podwójne okno, z odrapaną farbą; chyba białą.

Było niesamowicie. Ciepło i spokojnie. Obudziły mnie dźwięki pobliskiej budowy.

Sen I

Leżałam na nierównym asfalcie, a przed oczami, w odległości około dwudziestu centymetrów od mojej twarzy, wisiały dwie nieregularne plamy, na których ciemnym tle iskrzyło się setki albo tysiące srebrno-szarych drobinek. Po prostu przykleiły mi się do krajobrazu, dokładnie na zmiennej trajektorii mojego wzroku. Pocieranie oczu, intensywne mruganie, łzy bezsilności – wszystko na nic, łaty przysłaniały mi kadr, którego strzępy wyłapywałam pokątnym skupieniem umysłu.

Wokół mnie zbiegało się coraz więcej ludzi próbujących podnieść mnie z ziemi; bezskutecznie. Wysoki, kobiecy głos zachęcał mnie do samodzielnego wstania ze środka tego jebanego skrzyżowania, czego pragnęłam z całych sił, ale nie potrafiłam zrobić. Wezwano więc policję, która wyrwała mnie z kawałkiem ulicy, a potem taką zimną i obojętną zaniosła na dołek, ponieważ nie można zakłócać ruchu drogowego, a już na pewno nie swoim nieruchomym ciałem.

Na komendzie kazano mi wypełnić plik papierów, choć gdyby ktoś zapytał mnie o imię matki, odpowiedziałabym, że Waldemar, a na drugie Kazimierz. Kiedy weryfikowano moje pisemne zeznania, konfrontując je ze stanem quasi-rzeczywistym, okazało się, że niestety, ale raczej zostanę w więzieniu na zawsze.
– W rubrykę „gatunek” wpisała pani „gad/aligator”… – z wyraźną pretensją w głosie, rzucił mi w mordę wątły policjant.
– Tak. A czy coś się, przepraszam, niby nie zgadza? – zapytałam; nadal konsekwentnie przyklejona na sztywno do resztek węlowodorowego lepiszcza.