Archiwum kategorii: opowiadam

Aniołki

Galeria handlowa. Dziewczęta przebrane za anielice sprzedają opłatki wigilijne. Stoją, zbite w ciasną grupę, całe na biało; skrzydełka im lekko trzepocą pośród tłumu, aureolki miarowo podskakują na jasnych główkach; rozprawiają zapewne najciekawiej na świecie: myślę sobie, że pewnie o drodze do szczęścia według filozofii chrześcijańskiej, bo takie piękne były ich lica, gdy wtem słyszę:
– Dobra, kurwa, weźmy się do roboty, bo ja pierdolę.

Czyż świat nie jest wspaniały?

Prawie umarłam w wannie

Podobno nie istnieje coś takiego jak „podzielność uwagi”, ale zapewne twierdzą to ludzie, którzy nie widzieli mnie jak rozmawiam przez telefon z teściową w trybie głośnomówiącym, jedną ręką tulę dziecko, drugą mieszam gulasz, nogami tańczę quickstepa, a głową robię pętle nad stołem. W każdym razie zgodzę się z jednym: podzielność uwagi umarła, zanim w ogóle się narodziła jako idea w głowie mojego męża.

Strzeliłam sobie ostatnio w kolano, bo sprezentowałam mu Xboxa, ale dobra, se myślę, niech ma, niech się cieszy, niech zna łaskę pani. No i hit, człowieku, naparza kiedy może, nie pamiętam żeby kiedykolwiek tak szybko po obiedzie sprzątał. I dzisiaj wieczorem ta sama bajka! Szybka akcja, dzieci do spania, żona do łazienki i ruurraaa: grzać pufkę i dokładać kolejną cegiełkę do starczego reumatyzmu.
W zasadzie spoko, maseczki naciurałam na ryja, pachy ogoliłam, muzę odpaliłam, zalałam wannę po cycki i leżę.
No i leżę.
I leżę.
Zaczyna mi się nudzić, ale pomyślałam, że noo kaamaan, Gosieńka, znacie się ze 12 lat, na pewno się pokapuje, że długo nie wychodzisz i przyjdzie.
Leżę. Nie przychodzi.
Już miałam wołać, ale ja bystra jestem, nie z pierwszej łapanki, więc szybko przekalkulowałam, że mi się to nie opłaca, bo wydrę mordę i dzieci obudzę.
Rozglądam się po łazience; wymyśliłam. Włączę hydromasaż, zrobię hałas, nie ma opcji, że nie przyjdzie. Zapuściłam bąbelki; seria pierwsza, nie przychodzi, dupa już mi cierpnie, wyłączam zanim zacznę się rozkładać za życia.
Pluskam, chrząkam, no kurwamać, nic!
Zapuściłam bąbelki; seria druga, cellulitis wysyła już depeszę do mózgu, że litości i to natychmiast! Wyłączam zatem.
Dobra! Ślizgam się z wanny po telefon, bo mi się ładował cztery łokcie ode mnie. Cyk, cyk, foteczka i na whatsappa – fruu. Kurwa. Nie odebrał! Myślami był nadal w świecie Juventusu i sztucznej trawy.
Leżę dalej.
Ręce już mam tak zmarszczone, że kurwa Gojdź mi dzwonił i proponował ostrzykiwanie kwasem, a w Faktach ogłaszali, że jakaś laska z Małopolski bije rekord Guinnessa w moczeniu, kurwa, wątroby, bo skóra straciła właściwości ochronne po takiej dawce cieczy.
Dobra, chuj tam, se myślę, wychodzę! Phi!

I wyszłam, c’nie, bo se myślę, no trudno, nie jego wina, że się urodził facetem.
Wykremowałam nózie, włoski zaczęłam suszyć i jeszcze mi przez myśl przeszło, że musi nastąpić jakaś zemsta w postaci foszka, bo tak się nie godzi dojasnejpały!

Kurwa…
Nawet nie zdążyłam dupą zarzucić i prychnąć z pogardą jak już, jako ten biblijny wąż podstępny, ten mąż mój, przyplątał mi się pod nogi i prawie się obraził, że wodę z wanny wypuściłam i w ogóle to czemu się kąpałam bez niego.
!!!!!!!!!!!

Dystans

Wymyśliłam sobie wczoraj wizję, niedalekiej w sumie, przyszłości. Skumajcie to.
Mamy coś ponad 80 lat, sramy po gaciach, ślinimy się, pierdzimy w towarzystwie, słowem: powrót do przeszłości. Przychodzą do nas dorosłe dzieci z aparatami wbudowanymi, kurwa, w czoło, że wiecie, gdzie się nie obejrzą tam – cyk! – foteczka.
Ja se siedzę na kanapie, siorbię herbatkę, ale łapie mnie kima, więc wyciągam zęby i odpływam, a w tym czasie dzieciaki zacierają łapska! I siup, siup!
Owijają mnie w tę, kurwamać, włóczkę co to się w nią noworodki oplata do tych popularnych sesyjek; ustawiają mnie w kulkę tak, że niby słodziak i szybko po fotografa, bo takie foty można robić tylko kurwa w określonych tygodniach życia. Ja w ogóle nieogar, sikam w pampera, śnią mi się Snickersy i Góralki, a wokół mnie, proszę ja Was, powstaje sceneria! Dzisiaj dzieciaki wbudują mnie w taki, kurwa wiecie, trochę thriller, trochę sci-fi, czyli hełm na głowie, broń laserowa w łapę, hihihi ale to zabawne, obok kosmita z drukarki 4D, bo już zapach wydziela, huhuhu zaraz jebną ze śmiechu te moje dzieci, bo ja tego kosmitę niby zabijać będę, c’nie! No bajka, człowieku!
Dzieje się, dzieje, już mi się śni PrincePolo, co mi go nigdy dzieci nie dały dokończyć, a poza moją głową zdjęcie już, już lata w internetach i zbiera serduszka, nawet ktoś kurwa skomentował, że swojej starej też tę markę pamersów kupuje, a poza tym to skąd wzięliście takiego zajebistego bodziaka?

A w międzyczasie stary przesrał gacie, więc przełożyły go do wanny, chlup, chlup, ciepełko i bąbelki. I jak on zabawnie siedzi w tej wodzie! Ej, dawaj fotkę, młoda! Ale jak, przecież widać mu genitalia! Nie pierdol, wstawimy tam jakieś serduszko albo, kurwamać, muffinkę. Pooszłoo! Zebrało więcej lajków niż zdjęcie starej, bo pochwalono je za naturalność.

Tak będzie.
To znaczy mnie to nie grozi; mnie dzieci wyśmieją tylko w opisach.
„Dzisiaj mama włożyła do pralki naczynia z gruzem, zalała octem i powiedziała, że będzie garnki odkamieniać. Beka w chuj, mówię wam”. A ja się ucieszę podczas intelektualnego przebłysku, bo to znaczy, że z ojcem przekazaliśmy im to, co najważniejsze w tych czasach – dystans, kurwa, dystans!

Szczotka

Wiecie, ja jestem człowiekiem o skórze węża, w sensie, że taka jest specyficzna, bo łusek się jeszcze nie dorobiłam. Drapanie po pleckach: siniak; mucha przystanie na moim ramieniu by odsapnąć od srania: siniak; wiatr mocniej zawieje: siniak; w gabinecie stomatologicznym założę te śmieszne okulary a la seryjny zabója: trzy dni łażę ze zmarchą na czole. Ale okej! przyzwyczaiłam się! Niemniej, z czapką mam to samo. Ściska mi łeb i potem wyglądam jak brudnopis – ze szlaczkami na ryju. Siniaki to u mnie zjawisko częstsze niż swego czasu wpierdol na Piekle w Sączu.

Ale, że ja się, kurwa, nigdy nie poddaję, nadzieja u mnie umiera ostatnia oraz, co oczywiste, jest matką głupich, to kupiłam sobie tę szczotę taką do masażu, co to ją pół Instagrama polecało na jędrną dupę.
Ja pierdolę… no przecież jak się tym wydrutowałam, to nie pytaj, dramat. Łażę teraz jak zebra, cała w pasy – tak, że kibice Wisły mogliby zechcieć mi najebać, a jak wejdę do osiedlowego po bułki to schiza, że ktoś mnie kupi, bo wyglądam przecież jak wielki kod kreskowy.
Boję się wyjść na galeriane łowy, bo jeszcze przy kasie wypikam sobie taką kwotę, że chwilówki mi nie styknie.

Szczotki mi się, kurwa, zachciało.

Papiery na jedzenie

Mój mąż umówił się dzisiaj z piętnastolatką w galerii (czytaj dalej kurde, psycholu, zboczuchu Ty jeden!) żeby kupić od niej dwie dziwaczne kostki Rubika do swojej bogatej kolekcji. Trochę się martwiłam, bo to jednak trzydziestoletni facet z brodą, no umówmy się – może to wyglądać podejrzanie, więc na wszelki wypadek zaczęliśmy ustalać wspólną grypserkę by móc kontaktować się gdy już go zamkną. Na szczęście Damian poszedł z dziećmi, a dziewczyna była z matką, więc obyło się bez lokalnego, plotkarskiego skandalu, zatem by uczcić jego rzekome, niedoszłe wyjście z więzienia, poszliśmy na obiad do restauracji. No żartuję, głodni byliśmy.
Siedzieliśmy czekając już na szamę, gdy za nami do stolika dosiadła się karynka w obcasikach na tym mrozie i ślizgawicy, no ale chujtam, co kto lubi, oraz oczywiście jej sebulek w kościółkowym dresiku. I teraz będzie hit, kurwa! Uwaga! Kelnerka podchodzi żeby spisać zamówienie, pyta o preferencje karyni i kurwa no paaaaatrz na to – laska wydobywa myśli:
– Wie pani cooo, bo ja nie jestem bardzo głodna. Czy można zamówić zestaw dla dzieci, tak dla mnie mimo, że dorosłej? Można taki poprosić?

Jaaa piiiyyyeeerdoooleee. Nie, Karyńciu. Kurwamać, z legitymacją z podstawówki mogłaś przyjść!

Bliskie spotkanie ze Śmiercią

Towarzyszyłam kiedyś Śmierci w pracy. Zobaczyła mnie i oddała mi kilka godzin ze swojej walizki; przecież chowa tam całą wieczność – cóż jej zależy!
Pozwoliła mi go podnieść i zmienić mu koszulę. Robiłam to wcześniej tysiące razy, więc jak zwykle napięłam mięśnie; okazało się jednak, że podniosłam pióra zlepione w ludzki, znajomy kształt.

Gdy parę dni później, w styczniowe popołudnie, patrząc na białe rękawiczki i grube liny, stałam na cmentarzu, trzęsąc się jakby Ona sama drapała mnie po karku skostniałą dłonią wywołując nieprzyjemne dreszcze, myślałam tylko o tym, że zrobił się taki lekki. Zupełnie nie mogłam wyrzucić tego z głowy. Jakbym wtedy uniosła małe dziecko, potrzebujące ukojenia w silniejszych od jego, ramionach.

Zastanawiałam się jeszcze nad tym znacząc na śniegu ślady do domu. I dotarło do mnie, że pewnie tyle waży ciało już bez ziemskich problemów.

Domek krasnoludków

W domu moich dziadków był (nadal jest) mały, drewniany domek z kolorowymi zasłonkami w oknach. Można go było wpiąć do kontaktu i wtedy okienka rozświetlały się wesołymi kolorami. Dziadek mówił mi, że to domek krasnoludków i opowiadał w locie historie ich przygód.
Trzy dychy na karku, a ja nadal uwierzyłabym, że mieszkają tam małe stwory. Zresztą! też byście uwierzyli, bo naprawdę umiał opowiadać.
Teraz ilekroć widzę kolorowe witraże kościołów, barwnie rozjaśniające wieczorny mrok, myślę o Dziadku i krasnalach.
I uśmiecham się miękko do siebie z dzieciństwa.

Ser w brzegach

Kieedyśtam naszła mnie nieziemska ochota na pizzę z PizzaHut, taką mniammniam, z serkiem w brzegach. Panie, tak się napaliłam, że przy weekendzie wyzbierałam rodzinę i pojechaliśmy w prawie dwugodzinną trasę do najbliższej pizzerii PH, bowiem u nas na prowincji nie uznasz tejże.
Dotarłszy, zamówiwszy, czekawszy. Kelner stawia przede mną pizzę, zaczynam konsumpcję. Dochodzę do brzegu, okazuje się, że kurwamać bez sera, bo pani się pojebało przy odbieraniu zamówienia.
Ja pierdolę… dwie godziny jechałam, tydzień marzyłam… łzy mi już podeszły pod rzęsy, już prawie osmarałam pół stołu…
Co lepsze – pani kelnerka ogarnęła pomyłkę, więc podeszła do nas i rzecze:
– Zapomniałam, że pani chciała z serem w brzegach.
A ja, bo jestem wchujmiłąosobą, odpowiedziałam:
– W porządku, nic się nie stało.
Kurwa. A serce mi pękło na pół.

Przebij to!

Czysburger

Dzisiaj był dzień na chikkera i fryteczki z maczka zatem przycupnęłam w kolejce do ekranu samoobsługowego i to było wspaniałe doświadczenie, bowiem ziomuś przede mną po wybraniu cheeseburgera, personalizował go na takiego bez sera. Wygrał w tę grę, naprawdę.

Twój sprzęt

Damian zadzwonił do mnie rano z pracy, prosząc bym podjechała do najbliższego wulkanizatora, który zmierzyłby rozstaw śrub w kole, bowiem alusy, fura, skóra, komóra, sami rozumiecie.
No to pojechałam, wyszłam z samochodu, podeszłam do sześciu chłopa w zakładzie i zwracając się do jednego z nich, zapytałam:
– Jest szansa, że zmierzyłby mi pan rozstaw śrub w kole… tym swoim sprzętem?

Samce zabiły mnie śmiechem.