Archiwum kategorii: opowiadam

Szyba w rozsypce

Na galeryjanym parkingu dnia dwudziestego trzeciego sierpnia roku Pańskiego dwa tysiące dziewiętnastego jebła nam tylna szyba w samochodzie. Tak sama se. Tak, o. Być może pękła z dumy, nie wiem. W każdym razie rozsiurała się po przestrzeni postojowej z hukiem jak z reality show Wiśniewskiego i Mandaryny; w białych kozaczkach i hamerykańskich futrach.
Życie jak w filmie? Proszę bardzo, ja mam wszystko, nawet to. Szkoda, że trochę jakby tragikomedia, ale chujtam – niechaj tylko takie problemy mnie macają.

Mąż ogarnął sprawy organizacyjne i przyszło mi z tym rozpierdolonym tyłem jechać do mechanika przez pół miasta. Wtem, raptem, zza zakrętu, wyjechał za mną pan w białym audi na warszawskich blachach (nie wiem, może ta informacja okaże się w tym wszystkim istotna #huahuahua) i jął energicznie i namiętnie mrugać na mnie długimi, by dać mi znać o awarii…

Dzięki, ziomuś.
W ogóle nie przykumałam, że jadę bez szyby.

Kąpiel w miejscu publicznym

Zawsze rozczula mnie niewiedza facetów, szczególnie tych niedzieciatych, w kwestiach, wydawałoby się, całkiem prostych i logicznych, a związanych z opieką nad dziećmi.

Poszliśmy do knajpy na szybkie papu, a że nasze papu zbiegało się z papu Kai, to poprosiliśmy młodego pana sprzedającego o troszkę wrzątku. Koleś nawet zapytał czy to dla dziecka. „Skubany! Spostrzegawczy!” – pomyślałam; zważywszy, że przyszliśmy ze wściekle pomarańczowym wózkiem dziecięcym, który prawdopodobnie, gdy się w miarę dobrze przyjrzeć i lekko przymrużyć oczka, widać z Księżyca.
No dobra, zasiedliśmy, po chwili przynoszą nam wrzątek.
Trzy litry wrzątku.
W metalowej misce na warzywa.
W rękawicach, żeby się nie poparzyć.
Skisłam.

Panie, ja to do mleka modyfikowanego chciałam, nie do kąpieli.

Strachy na lachy

Wiecie jak to jest. Człowiek wysikuje dwie kreski na teście ciążowym, dowiaduje się, że będzie rodzicem, a już chwilę później budzi się w środku nocy z zabawkami w łóżku i niestety nie mam tu na myśli zabawek erotycznych. No po prostu czas zapindala jak Speedy Gonzales.
I tak też było z nami. Zasnęliśmy z tym całym niewygodnym kramem wokół naszych cieplutkich, jak dwie nowiutkie farelki, ciał.
Nad ranem wezwała mnie Matka Natura, w sensie siku kazała mi iść zrobić, więc wstałam, bo podobno matki trzeba słuchać.
Niestety, gramoląc się z wyrka, zupełnie przypadkiem włączyłam Lwa Kacpra.
Ciemność. Cisza. Moje myśli jeszcze nie wyskoczyły z sennego baseniku, a zabawka, świecąc się na czerwono, wrzeszczy: LUBIĘ SIĘ Z TOBĄ BAWIĆ.

Dobrze, że tylko siku mi się wtedy chciało…

Poleconym priorytetem

Stała się rzecz następująca. W zeszłą środę dostałam pierdolca. Nie kurierem, nie pocztą, nie był nawet zapakowany. Osobisty gong od losu, bach i już.
Dokładniej rzecz ujmując, sprezentował mi go kierowca miejscowego empekacza, trąbiąc na mnie na przejściu dla pieszych i tym samym budząc mi ledwocokurwamać uśpione dziecko.
Sami więc rozumiecie, że to nie był taki zwykły wkurw. To była, proszę ja Was, kumulacja wszystkiego co złe – jak świat długi i szeroki. Gdyby stał tam pan Michał Juszczakiewicz z „Od przedszkola do Opola” i zamiast oklasków mierzył wkurwienie, to pewnie wygrałabym ten zasrany występ z Marylką Rodowicz.
No działo się, ze mnie się wylało, z pana się wylało, nikogo nie zatkało. I gdyby nie to, że to kierowca autobusu był winny, to pewnie wstałby i zaczął klaskać, a ja mogłabym zrobić mema.

Ale ulga warta zachodu.

Żelki

Od niedawna tematem numero uno w naszym domostwie jest chemia, na szczęście, póki co, na poziomie ameby, więc nie ma wstydu przed dzieckiem. Nina jara się tym okrutnie i nawiązuje w niemal każdej rozmowie do tego, czego już się nauczyła.
Poszłyśmy do sklepu o nazwie pochodnej ropusze czy cuś, bo obiecałam Młodej rolkę żelek Haribo. Nina, niestety, nie była pewna czy to są te co lubi, ja tym bardziej, więc dla tak ważnej, życiowej sprawy, przełamała strach przed kontrolowaną rozmową z nieznajomą, żwawo podeszła do kasy i zapytała panią ekspedientkę:
– Przepraszam, a czy te żelki są kwaśne, czyyy… zasadowe?

Wspaniała.

Grzmoci

Moje życie z dziećmi wygląda jak walka na wyprzedaży w odzieżowym. Trochę śmiech i radość, bo funkiel nówka zasiliła właśnie armię ubrań w szafie, a trochę jednak dziwnie, bo trzeba nam było schować godność i rzucić się po ciuszka.
(Żartuję, nie robię tego, wolałabym chodzić w dzwonach szurających o błoto niźli bić się o ubranie…)

Ciuchy, ciuchami, ale po spożywcze trzeba latać regularnie. Wygramoliłam się dzisiaj z córami po żarło na obiad do osiedlowego sklepu. Nabrałyśmy prowiantu i ustawiłyśmy się w dość sporawej kolejce. Stoimy sobie za panią z – na oko – trzyletnim synkiem, czekamy, nagle zaczęło grzmieć.
– Mamuś! Jezusmaria! Ale GRZMOCI! – wzdrygnęła się na cały głos Młoda, dla której najwyraźniej „grzmoci” i „grzmi” to jedno i to samo.
Nie zdążyłam jeszcze nic odpowiedzieć, gdy odwróciła się pani stojąca tuż przed nami, o której wcześniej wspomniałam i, cała czerwona, wyburczała cichutko:
– Przepraszam, to pewnie znowu mój syn.

Nawet nie wiem co napisać. Moje życie to kabaret.

Króliczki

Gorąco. Tak gorąco, że Frodo przyszedł dzisiaj wyrzucić pierścień pod nasz blok; tak więc spacery to tylko późnym popołudniem.

No i poszłyśmy tak sobie ostatnio i pora podwieczorku Kiki przypadła właśnie, gdy byłyśmy w trasie. Omyłkowo kupiłam słoiczek z obiadkiem, jednakże Chuck Norris to moje drugie imię, zatem postanowiłam zaryzykować i podać obiadek na podwieczorek.
Ninka wzięła słoik do ręki i czyta: „ka la fio ro wa z kró li kiem”. Patrzy na mnie, marszczy czoło i ja już wiem, że zaraz będzie hardcore dyskusja i pytania graniczne:
– Ale jak to królik? Króliki się je? – pyta.
Ja coś pitolę o rodzajach mięsa i innych niesamowicie istotnych rzeczach, ale widzę, że to nie to; szok trzyma mimikę w ryzach:
– Seeriooo? Normalnie zabijają króliki do słoiczków? – autentycznie nie mogła wyjść z podziwu.
Udało mi się jakoś uśpić temat. Niestety nie na długo.

Wieczór, tego samego dnia:
– No nie wierzę z tymi królikami normalnie.
Przed snem:
– Mamuś, chyba sobie żartowałaś z tymi królikami.
Następnego dnia rano:
– Dobrze, że nie mamy królików na śniadanie.
Faza nadal trwa:
– Śmieszna sprawa z tymi królikami, mamuś.

Taa, im to powiedz.

Paczkomaty

Poszłam wytargać przesyłki ze szpon paczkomatów.
Niestety, stojąc przy nich, jeszcze głowa mi się chichrała na myśl o sąsiedzie, który zagadał do mnie akurat gdy wynosiłam do śmieci bombę biologiczną w postaci wora z pieluchami, więc biedak musiał oddychać tylko buzią i chyba sądził, że się nie pokapuję – no sami przyznajcie – przemiły typ.

No ale, jak się po chwili okazało, zupełnie niepotrzebnie o tym wtedy myślałam, bo uśpiłam swą tygrysią czujność i nie przewidziałam, że paczkomat otworzy się wprost na mój ryj. Plaskacza jakoś bym przełknęła, ale tę dwuosobową kolejkę za mną już ciężej było.

Niemniej, odkleiłam swą godność z morderczych drzwiczek i poszłam dalej. Pod sklepem osiedlowym okazało się, że Bozia zesłała mi pocieszenie, bowiem ujrzałam dwie dziewczynki. Jedna, z nogą w gipsie, opierała się o drugą. Ta połamana to już był, lekko mówiąc, wrak człowieka: spocona, czerwona, ledwo zipiąca; widać, że kawał drogi kuśtykała. Okazało się jednak, że obie były zabójczo przeszczęśliwe:
Bez gipsu: Mówiłam żebyś została w domu, a ja bym poszła po lody.
Z gipsem: Zanim byś doszła to by się roztopiły. A tak… WARTO BYŁO!

Tak trzeba żyć!

Siusiak

Poszłamcijaostatnio do Rossmanna. A tam konfiguracja jest następująca: pierdy do ciała, pierdy do stóp, pierdy dla dzieci, a na przeciwko tego kiermaszu: gumki, żele nawilżające, nakładki wibrujące i inne akcesoria dla dorosłych.
Ja sesobie, proszę ja Was, kontemplowałam kaszki, gdy WTEM przyszła mama + dziecko, dokładnie to syn, lat bodajże ze siedem, no maaax osiem, ale tak myślę, że najpewniej to 89 miesięcy. Dzieciak ewidentnie niedawno nauczył się składać litery, bowiem cierpiał na syndrom czytania wszystkiego co znajdowało się w zasięgu jego wzroku. Przechadzał się obok mamy, gdy nagle łubudu, ram, pam, pam, przeczytał napis „DUREX”. Oł noł! 😱
Mamie się to nie spodobało, włączyła w głowie funkcję: zjebka. Srogo było, zatem czułam, że muszę wyjaśnić pani, że ta nazwa nic mu nie mówi, a nawet jeśli przeczytałby – o zgrozo! – pre zer wa ty wy! no to trudno, kobieetoo, błagam.
Nie zdążyłam jednak nic powiedzieć, bo zza antyperspirantów wyłoniła się mocno dojrzała, dystyngowana dama z bordową szminką oraz pięknym głosem, i rzekła:
– Uspokój się, pani, przecież dzieciak jeszcze nawet nie wie do czego mu naprawdę potrzebny siusiak.

Problemy z kałem

Dzisiaj w Tesco, na dziale z czekoladą, przypadkowo trafiłam na kurs dla panów pt. „Czego nie mówić zbyt głośno w miejscu publicznym na temat swojej partnerki”.
Myślę, że seba nie zdawał sobie sprawy z tego, że stał się twarzą szybkiego przeszkolenia dla parunastu nieświadomych kursantów poszukujących słodyczy na zbliżające się dwa dni bez handlu, niemniej dialog z karyną był znamienity, zaiste.

K: Zjadłabym czypsy, wiesz?
S: Nie, nie kupujemy czypsów.
K: No weź, taką mam ochotę.
S: Nie, bo znowu się ożresz i będziesz mieć problem z kupą.

Dziękuję, do widzenia.