Archiwum kategorii: opowiadam

Poleconym priorytetem

Stała się rzecz następująca. W zeszłą środę dostałam pierdolca. Nie kurierem, nie pocztą, nie był nawet zapakowany. Osobisty gong od losu, bach i już.
Dokładniej rzecz ujmując, sprezentował mi go kierowca miejscowego empekacza, trąbiąc na mnie na przejściu dla pieszych i tym samym budząc mi ledwocokurwamać uśpione dziecko.
Sami więc rozumiecie, że to nie był taki zwykły wkurw. To była, proszę ja Was, kumulacja wszystkiego co złe – jak świat długi i szeroki. Gdyby stał tam pan Michał Juszczakiewicz z „Od przedszkola do Opola” i zamiast oklasków mierzył wkurwienie, to pewnie wygrałabym ten zasrany występ z Marylką Rodowicz.
No działo się, ze mnie się wylało, z pana się wylało, nikogo nie zatkało. I gdyby nie to, że to kierowca autobusu był winny, to pewnie wstałby i zaczął klaskać, a ja mogłabym zrobić mema.

Ale ulga warta zachodu.

Żelki

Od niedawna tematem numero uno w naszym domostwie jest chemia, na szczęście, póki co, na poziomie ameby, więc nie ma wstydu przed dzieckiem. Nina jara się tym okrutnie i nawiązuje w niemal każdej rozmowie do tego, czego już się nauczyła.
Poszłyśmy do sklepu o nazwie pochodnej ropusze czy cuś, bo obiecałam Młodej rolkę żelek Haribo. Nina, niestety, nie była pewna czy to są te co lubi, ja tym bardziej, więc dla tak ważnej, życiowej sprawy, przełamała strach przed kontrolowaną rozmową z nieznajomą, żwawo podeszła do kasy i zapytała panią ekspedientkę:
– Przepraszam, a czy te żelki są kwaśne, czyyy… zasadowe?

Wspaniała.

Grzmoci

Moje życie z dziećmi wygląda jak walka na wyprzedaży w odzieżowym. Trochę śmiech i radość, bo funkiel nówka zasiliła właśnie armię ubrań w szafie, a trochę jednak dziwnie, bo trzeba nam było schować godność i rzucić się po ciuszka.
(Żartuję, nie robię tego, wolałabym chodzić w dzwonach szurających o błoto niźli bić się o ubranie…)

Ciuchy, ciuchami, ale po spożywcze trzeba latać regularnie. Wygramoliłam się dzisiaj z córami po żarło na obiad do osiedlowego sklepu. Nabrałyśmy prowiantu i ustawiłyśmy się w dość sporawej kolejce. Stoimy sobie za panią z – na oko – trzyletnim synkiem, czekamy, nagle zaczęło grzmieć.
– Mamuś! Jezusmaria! Ale GRZMOCI! – wzdrygnęła się na cały głos Młoda, dla której najwyraźniej „grzmoci” i „grzmi” to jedno i to samo.
Nie zdążyłam jeszcze nic odpowiedzieć, gdy odwróciła się pani stojąca tuż przed nami, o której wcześniej wspomniałam i, cała czerwona, wyburczała cichutko:
– Przepraszam, to pewnie znowu mój syn.

Nawet nie wiem co napisać. Moje życie to kabaret.

Króliczki

Gorąco. Tak gorąco, że Frodo przyszedł dzisiaj wyrzucić pierścień pod nasz blok; tak więc spacery to tylko późnym popołudniem.

No i poszłyśmy tak sobie ostatnio i pora podwieczorku Kiki przypadła właśnie, gdy byłyśmy w trasie. Omyłkowo kupiłam słoiczek z obiadkiem, jednakże Chuck Norris to moje drugie imię, zatem postanowiłam zaryzykować i podać obiadek na podwieczorek.
Ninka wzięła słoik do ręki i czyta: „ka la fio ro wa z kró li kiem”. Patrzy na mnie, marszczy czoło i ja już wiem, że zaraz będzie hardcore dyskusja i pytania graniczne:
– Ale jak to królik? Króliki się je? – pyta.
Ja coś pitolę o rodzajach mięsa i innych niesamowicie istotnych rzeczach, ale widzę, że to nie to; szok trzyma mimikę w ryzach:
– Seeriooo? Normalnie zabijają króliki do słoiczków? – autentycznie nie mogła wyjść z podziwu.
Udało mi się jakoś uśpić temat. Niestety nie na długo.

Wieczór, tego samego dnia:
– No nie wierzę z tymi królikami normalnie.
Przed snem:
– Mamuś, chyba sobie żartowałaś z tymi królikami.
Następnego dnia rano:
– Dobrze, że nie mamy królików na śniadanie.
Faza nadal trwa:
– Śmieszna sprawa z tymi królikami, mamuś.

Taa, im to powiedz.

Paczkomaty

Poszłam wytargać przesyłki ze szpon paczkomatów.
Niestety, stojąc przy nich, jeszcze głowa mi się chichrała na myśl o sąsiedzie, który zagadał do mnie akurat gdy wynosiłam do śmieci bombę biologiczną w postaci wora z pieluchami, więc biedak musiał oddychać tylko buzią i chyba sądził, że się nie pokapuję – no sami przyznajcie – przemiły typ.

No ale, jak się po chwili okazało, zupełnie niepotrzebnie o tym wtedy myślałam, bo uśpiłam swą tygrysią czujność i nie przewidziałam, że paczkomat otworzy się wprost na mój ryj. Plaskacza jakoś bym przełknęła, ale tę dwuosobową kolejkę za mną już ciężej było.

Niemniej, odkleiłam swą godność z morderczych drzwiczek i poszłam dalej. Pod sklepem osiedlowym okazało się, że Bozia zesłała mi pocieszenie, bowiem ujrzałam dwie dziewczynki. Jedna, z nogą w gipsie, opierała się o drugą. Ta połamana to już był, lekko mówiąc, wrak człowieka: spocona, czerwona, ledwo zipiąca; widać, że kawał drogi kuśtykała. Okazało się jednak, że obie były zabójczo przeszczęśliwe:
Bez gipsu: Mówiłam żebyś została w domu, a ja bym poszła po lody.
Z gipsem: Zanim byś doszła to by się roztopiły. A tak… WARTO BYŁO!

Tak trzeba żyć!

Siusiak

Poszłamcijaostatnio do Rossmanna. A tam konfiguracja jest następująca: pierdy do ciała, pierdy do stóp, pierdy dla dzieci, a na przeciwko tego kiermaszu: gumki, żele nawilżające, nakładki wibrujące i inne akcesoria dla dorosłych.
Ja sesobie, proszę ja Was, kontemplowałam kaszki, gdy WTEM przyszła mama + dziecko, dokładnie to syn, lat bodajże ze siedem, no maaax osiem, ale tak myślę, że najpewniej to 89 miesięcy. Dzieciak ewidentnie niedawno nauczył się składać litery, bowiem cierpiał na syndrom czytania wszystkiego co znajdowało się w zasięgu jego wzroku. Przechadzał się obok mamy, gdy nagle łubudu, ram, pam, pam, przeczytał napis „DUREX”. Oł noł! 😱
Mamie się to nie spodobało, włączyła w głowie funkcję: zjebka. Srogo było, zatem czułam, że muszę wyjaśnić pani, że ta nazwa nic mu nie mówi, a nawet jeśli przeczytałby – o zgrozo! – pre zer wa ty wy! no to trudno, kobieetoo, błagam.
Nie zdążyłam jednak nic powiedzieć, bo zza antyperspirantów wyłoniła się mocno dojrzała, dystyngowana dama z bordową szminką oraz pięknym głosem, i rzekła:
– Uspokój się, pani, przecież dzieciak jeszcze nawet nie wie do czego mu naprawdę potrzebny siusiak.

Problemy z kałem

Dzisiaj w Tesco, na dziale z czekoladą, przypadkowo trafiłam na kurs dla panów pt. „Czego nie mówić zbyt głośno w miejscu publicznym na temat swojej partnerki”.
Myślę, że seba nie zdawał sobie sprawy z tego, że stał się twarzą szybkiego przeszkolenia dla parunastu nieświadomych kursantów poszukujących słodyczy na zbliżające się dwa dni bez handlu, niemniej dialog z karyną był znamienity, zaiste.

K: Zjadłabym czypsy, wiesz?
S: Nie, nie kupujemy czypsów.
K: No weź, taką mam ochotę.
S: Nie, bo znowu się ożresz i będziesz mieć problem z kupą.

Dziękuję, do widzenia.

Aniołki

Galeria handlowa. Dziewczęta przebrane za anielice sprzedają opłatki wigilijne. Stoją, zbite w ciasną grupę, całe na biało; skrzydełka im lekko trzepocą pośród tłumu, aureolki miarowo podskakują na jasnych główkach; rozprawiają zapewne najciekawiej na świecie: myślę sobie, że pewnie o drodze do szczęścia według filozofii chrześcijańskiej, bo takie piękne były ich lica, gdy wtem słyszę:
– Dobra, kurwa, weźmy się do roboty, bo ja pierdolę.

Czyż świat nie jest wspaniały?

Prawie umarłam w wannie

Podobno nie istnieje coś takiego jak „podzielność uwagi”, ale zapewne twierdzą to ludzie, którzy nie widzieli mnie jak rozmawiam przez telefon z teściową w trybie głośnomówiącym, jedną ręką tulę dziecko, drugą mieszam gulasz, nogami tańczę quickstepa, a głową robię pętle nad stołem. W każdym razie zgodzę się z jednym: podzielność uwagi umarła, zanim w ogóle się narodziła jako idea w głowie mojego męża.

Strzeliłam sobie ostatnio w kolano, bo sprezentowałam mu Xboxa, ale dobra, se myślę, niech ma, niech się cieszy, niech zna łaskę pani. No i hit, człowieku, naparza kiedy może, nie pamiętam żeby kiedykolwiek tak szybko po obiedzie sprzątał. I dzisiaj wieczorem ta sama bajka! Szybka akcja, dzieci do spania, żona do łazienki i ruurraaa: grzać pufkę i dokładać kolejną cegiełkę do starczego reumatyzmu.
W zasadzie spoko, maseczki naciurałam na ryja, pachy ogoliłam, muzę odpaliłam, zalałam wannę po cycki i leżę.
No i leżę.
I leżę.
Zaczyna mi się nudzić, ale pomyślałam, że noo kaamaan, Gosieńka, znacie się ze 12 lat, na pewno się pokapuje, że długo nie wychodzisz i przyjdzie.
Leżę. Nie przychodzi.
Już miałam wołać, ale ja bystra jestem, nie z pierwszej łapanki, więc szybko przekalkulowałam, że mi się to nie opłaca, bo wydrę mordę i dzieci obudzę.
Rozglądam się po łazience; wymyśliłam. Włączę hydromasaż, zrobię hałas, nie ma opcji, że nie przyjdzie. Zapuściłam bąbelki; seria pierwsza, nie przychodzi, dupa już mi cierpnie, wyłączam zanim zacznę się rozkładać za życia.
Pluskam, chrząkam, no kurwamać, nic!
Zapuściłam bąbelki; seria druga, cellulitis wysyła już depeszę do mózgu, że litości i to natychmiast! Wyłączam zatem.
Dobra! Ślizgam się z wanny po telefon, bo mi się ładował cztery łokcie ode mnie. Cyk, cyk, foteczka i na whatsappa – fruu. Kurwa. Nie odebrał! Myślami był nadal w świecie Juventusu i sztucznej trawy.
Leżę dalej.
Ręce już mam tak zmarszczone, że kurwa Gojdź mi dzwonił i proponował ostrzykiwanie kwasem, a w Faktach ogłaszali, że jakaś laska z Małopolski bije rekord Guinnessa w moczeniu, kurwa, wątroby, bo skóra straciła właściwości ochronne po takiej dawce cieczy.
Dobra, chuj tam, se myślę, wychodzę! Phi!

I wyszłam, c’nie, bo se myślę, no trudno, nie jego wina, że się urodził facetem.
Wykremowałam nózie, włoski zaczęłam suszyć i jeszcze mi przez myśl przeszło, że musi nastąpić jakaś zemsta w postaci foszka, bo tak się nie godzi dojasnejpały!

Kurwa…
Nawet nie zdążyłam dupą zarzucić i prychnąć z pogardą jak już, jako ten biblijny wąż podstępny, ten mąż mój, przyplątał mi się pod nogi i prawie się obraził, że wodę z wanny wypuściłam i w ogóle to czemu się kąpałam bez niego.
!!!!!!!!!!!

Dystans

Wymyśliłam sobie wczoraj wizję, niedalekiej w sumie, przyszłości. Skumajcie to.
Mamy coś ponad 80 lat, sramy po gaciach, ślinimy się, pierdzimy w towarzystwie, słowem: powrót do przeszłości. Przychodzą do nas dorosłe dzieci z aparatami wbudowanymi, kurwa, w czoło, że wiecie, gdzie się nie obejrzą tam – cyk! – foteczka.
Ja se siedzę na kanapie, siorbię herbatkę, ale łapie mnie kima, więc wyciągam zęby i odpływam, a w tym czasie dzieciaki zacierają łapska! I siup, siup!
Owijają mnie w tę, kurwamać, włóczkę co to się w nią noworodki oplata do tych popularnych sesyjek; ustawiają mnie w kulkę tak, że niby słodziak i szybko po fotografa, bo takie foty można robić tylko kurwa w określonych tygodniach życia. Ja w ogóle nieogar, sikam w pampera, śnią mi się Snickersy i Góralki, a wokół mnie, proszę ja Was, powstaje sceneria! Dzisiaj dzieciaki wbudują mnie w taki, kurwa wiecie, trochę thriller, trochę sci-fi, czyli hełm na głowie, broń laserowa w łapę, hihihi ale to zabawne, obok kosmita z drukarki 4D, bo już zapach wydziela, huhuhu zaraz jebną ze śmiechu te moje dzieci, bo ja tego kosmitę niby zabijać będę, c’nie! No bajka, człowieku!
Dzieje się, dzieje, już mi się śni PrincePolo, co mi go nigdy dzieci nie dały dokończyć, a poza moją głową zdjęcie już, już lata w internetach i zbiera serduszka, nawet ktoś kurwa skomentował, że swojej starej też tę markę pamersów kupuje, a poza tym to skąd wzięliście takiego zajebistego bodziaka?

A w międzyczasie stary przesrał gacie, więc przełożyły go do wanny, chlup, chlup, ciepełko i bąbelki. I jak on zabawnie siedzi w tej wodzie! Ej, dawaj fotkę, młoda! Ale jak, przecież widać mu genitalia! Nie pierdol, wstawimy tam jakieś serduszko albo, kurwamać, muffinkę. Pooszłoo! Zebrało więcej lajków niż zdjęcie starej, bo pochwalono je za naturalność.

Tak będzie.
To znaczy mnie to nie grozi; mnie dzieci wyśmieją tylko w opisach.
„Dzisiaj mama włożyła do pralki naczynia z gruzem, zalała octem i powiedziała, że będzie garnki odkamieniać. Beka w chuj, mówię wam”. A ja się ucieszę podczas intelektualnego przebłysku, bo to znaczy, że z ojcem przekazaliśmy im to, co najważniejsze w tych czasach – dystans, kurwa, dystans!