Archiwum kategorii: opowiadam

Wczesną (prawie) zimą

Moja relacja z zimą jest równie wyborna jak ta Nergala z Biblią. Z tym, że to zima jest w tej konfiguracji Nergalem. Depcze mnie i chłosta bez litości i mimo mojej szczerej niechęci, wraca szybciej niż Karolak do Violki, czyli najprościej mówiąc nasz status związku: to skomplikowane.

Ale nawet naczelnemu hejterowi pizgawicy, jakim zresztą mianowało mnie swego czasu Ministerstwo Aury Pogodowej Oraz Klimatu i Klimakterium, zdarzy się wstrzymać oddech na widok pierwszego śniegu.

Jest jakiś niewypowiedziany spokój w powolnym opadaniu białych, świeżych płatków na ostatnie zielone kawałki świata. To zresztą niesamowite, że ten cudowny zapach igłom drzew, który przywołuje przyrodę w nozdrza pamięci, nadaje dopiero puszysty chłód.
Najlepsze jednak czeka, kiedy spojrzysz w górę. Niebo jest jakby z kamienia – ciężkie i niedostępne, a na jego tle delikatnie odznaczają się białe pióra, które po zetknięciu z rozgrzaną emocjami skórą, śmiało spływają po uniesionej twarzy, w dół, na szyję i nagie ramiona.

To modlitwa bez szat, dziękczynienie bez kadzideł, prośba bez muzyki organów.
Tempo zwalnia i już naprawdę kurwa nie wiem czy te mokre policzki to śnieg, czy ja.

To dobrze, że akurat tak

Chyba było to wczesną wiosną. Nie wiem dlaczego, wspomnienia najczęściej są przybrudzone, ale wydaje mi się, że słońce świeciło bardziej na miodowe powitanie niż jesienno-zimowy paraliż.

Stała sobie w przeciągu, oparta o drewnianą futrynę dzieciństwa, w dzierganym sweterku, białych włosach, które niecierpliwe kręciły się pod małymi ramionkami, z tym swoim metrem wysokości, niebieskim spojrzeniem i wielką ufnością. Mrużyła oczy, a uszy zatykała zaciśniętymi piąstkami. Gdzieś obok fruwały gęste słowa i mocne dźwięki; poczucie winy wiło się obok jej kolorowych skarpetek z gumowymi podeszwami. Wiatr wleciał przez otwarte drzwi, poprzewracał buty i uniósł jej powieki, a główkę skierował w prawo, by zobaczyła ciężkie, słone krople na skalnej twarzy fundamentu.

Skała jest przecież mocna, można się pod nią schować, położyć obok i słuchać najmądrzejszych szeptów albo bez końca pytać „dlaczego”; można tańczyć na jej szczycie, tulić się do mchu i śpiewać kolędy w środku lata.
A jednak.
W marmurze znajomych, najsilniejszych ramion, ten początkowo rześki dzień, ze zmęczonym kaprysem leniwie upływającej doby, wyżłobił rysę.

Myślę, że to był pierwszy raz, kiedy pękło mi serce.
Teraz już to wiem.

Wtedy po prostu rozbolał mnie brzuch i zapiekły policzki.

(życie to ciągłe umieranie)

Wycinam się

Ctrl+X; na ukrytej w korze mózgowej klawiaturze wklepuję sekwencję i wycinam się z rzeczywistości. Jestem nigdzie i jestem zawsze, trochę z przodu i trochę z tyłu, jednym kawałkiem w teraz, a innym w przeszłości i przyszłości. Nie mam kształtu, ale mam cel.

Ctrl+V; wystukuję i wklejam się na najchłodniejszą, deszczową chmurę w najbardziej zwyczajnym z miast – być może w żadnym, być może w każdym.
Kładę się na brzuchu i wystawiam ręce jak najdalej, jakbym chciała puchem okryć ramiona i jakby przez całe życie było mi zbyt gorąco. Ubrana w dreszcze spoglądam w dół na ludzi pochłoniętych dniem. Każdy inny, każdy taki sam. Dokładam słone krople do tych, które już i tak zaznaczyły czoła przechodniów. Wyciągam ręce jeszcze mocniej. Chcę im podać dłoń, objąć uśmiechem i podzielić się bielą skradzioną przed chwilą z niespokojnego nieba.
Widzę ich.

Widzę Cię.

Zwisa mi to

Szłam sobie ulicą i wszystko mi wisiało. Ale to tak mi wisiało, że nawet kałuże mnie nie ruszały. Ani to, że mnie samochód ochlapał. Ani to, że smog gilał mnie po astmie. Ani to, że pani Wiosna wysłała meteorologom SMSa, że jej wakacje się przedłużą, bo poznała na plaży jakiegoś żigolaka, a plotki głoszą, że na pewno nie był to skromny pan Przebiśnieg. Ani nawet to, że zapomniałam portfela, nie kupię kawy i znowu będę musiała zadowolić się herbatą.

Mijałam różnych ludzi. Panią z ubłoconym pieskiem, pana z torbą na kółkach, dzieciaki z plecakami, w których prawdopodobnie niosły swoje pokoje razem ze ścianami.

Oni szli, ja szłam i nikt nic nie powiedział. A powinien.

Dopiero będąc pod domem, sąsiad, zaraz po szybkim dzień dobry, zagadał.

– Coś pani wisi… – powiedział.

Cholera, pomyślałam, skąd typ wie, że ja dzisiaj w nastroju motylka z jutjuba, rząd mam dupie i SLD mam w dupie. Spojrzałam na niego nie do końca kumając kiedy zdążył być na szkoleniu w zakonie czarnoksiężników, bo widuję go niemal codziennie i zastanawiając się ile wziąłby za sprzedanie paru magicznych sztuczek.

– Słucham? – wydukałam.

– No, z kieszeni pani coś zwisa.

Popatrzyłam w dół, wywróciłam płaszczem, uśmiechnęłam się, że to niby tak specjalnie było, takie Paprocki&Brzozowski rodem z Małopolski.

Przez pół miasta szłam z tetrową pieluchą w koniki bujane, zamaszyście czyszcząc ubłocone chodniki mojego śmierdzącego dymem miasta.

No trudno.

Oby to była prawda

Kiedyś ktoś ważny, kto lubił zrywać dla mnie słodki groszek i wysypywać mi go na koszyczek spleciony z moich niedorosłych palców i gładkich rąk, powiedział mi, że och gosiu, ależ ciebie bardzo dotyka to, że ucieka nam czas.

Nie wiem czy miał rację i czy te słowa wtedy do mnie pasowały. Wiem tylko, że od tamtego czasu, swoim niezbyt mądrym tempem, to ja dopasowuję się do nich.

Więc może bywa też tak, że gdzieniegdzie, dużo mocniej, tworzą nas słowa.

Nikogo nie ma

Dziewczę mniejniżdziesięcioletnie, mocno skupione, czekając na mamę, liczyło sobie radośnie wszystkie elementy chodnika pod jedną z nowosądeckich Żabek.
Zastałam ją na sto piątej kostce. Mój krok w jej stronę – sto sześć; kolejny – sto siedem. Nagle przestała i gwałtownie unosząc głowę w stronę sklepu, rzuciła rozgniewana:
– Sto siedem kostek… Sto siedem… A matki jak nie było, tak nie ma.

Szyba w rozsypce

Na galeryjanym parkingu dnia dwudziestego trzeciego sierpnia roku Pańskiego dwa tysiące dziewiętnastego jebła nam tylna szyba w samochodzie. Tak sama se. Tak, o. Być może pękła z dumy, nie wiem. W każdym razie rozsiurała się po przestrzeni postojowej z hukiem jak z reality show Wiśniewskiego i Mandaryny; w białych kozaczkach i hamerykańskich futrach.
Życie jak w filmie? Proszę bardzo, ja mam wszystko, nawet to. Szkoda, że trochę jakby tragikomedia, ale chujtam – niechaj tylko takie problemy mnie macają.

Mąż ogarnął sprawy organizacyjne i przyszło mi z tym rozpierdolonym tyłem jechać do mechanika przez pół miasta. Wtem, raptem, zza zakrętu, wyjechał za mną pan w białym audi na warszawskich blachach (nie wiem, może ta informacja okaże się w tym wszystkim istotna #huahuahua) i jął energicznie i namiętnie mrugać na mnie długimi, by dać mi znać o awarii…

Dzięki, ziomuś.
W ogóle nie przykumałam, że jadę bez szyby.

Zakupy przedświąteczne

Byliśmy dzisiaj na zakupach przedświątecznych. Z dwójką dzieci.
I w zasadzie tutaj mogłabym skończyć, ponieważ te zdania noszą w sobie tak ogromny pokład nieszczęścia, że wystarczą za milion innych słów i za tysiące wypitych na smutno drinków.

Ludzi w markecie było prawdopodobnie więcej niż na premierze nowego iPhone’a. Na jednym metrze kwadratowym gęściej niż w centrum Tokio.
Bandżaj taki, że aż marynowanych patisonów zabrakło, jak gdyby od ich zjedzenia zależało życie mieszkańców Sądecczyzny.

I gdy tak przebijaliśmy się przez ten zestresowany tłum, próbując znaleźć tę nieszczęsną masę kajmakową do tego diabelsko tuczącego placka; gdy, smagani wściekłymi oddechami, prawie padliśmy jak te muchy biedne w środku lata; wtedy mnie olśniło.

Przecież wszyscy, gdzieś tam głęboko, gdzieś pomiędzy żołądkiem, a krtanią, jesteśmy tacy sami.
Mamy bliskich, kochamy, smucimy się, złościmy, lubimy, tańczymy gdy nikt nie patrzy, śpiewamy w samochodzie i wszyscy, tak jak tam staliśmy, czyhając na ostatnie cytryny, absolutnie wszyscy: robimy kupę.

Wyluzowałam. Jak po dobrej posiadówie w toalecie, z pasjansem w telefonie.
Tak wiele nas łączy.

Kąpiel w miejscu publicznym

Zawsze rozczula mnie niewiedza facetów, szczególnie tych niedzieciatych, w kwestiach, wydawałoby się, całkiem prostych i logicznych, a związanych z opieką nad dziećmi.

Poszliśmy do knajpy na szybkie papu, a że nasze papu zbiegało się z papu Kai, to poprosiliśmy młodego pana sprzedającego o troszkę wrzątku. Koleś nawet zapytał czy to dla dziecka. „Skubany! Spostrzegawczy!” – pomyślałam; zważywszy, że przyszliśmy ze wściekle pomarańczowym wózkiem dziecięcym, który prawdopodobnie, gdy się w miarę dobrze przyjrzeć i lekko przymrużyć oczka, widać z Księżyca.
No dobra, zasiedliśmy, po chwili przynoszą nam wrzątek.
Trzy litry wrzątku.
W metalowej misce na warzywa.
W rękawicach, żeby się nie poparzyć.
Skisłam.

Panie, ja to do mleka modyfikowanego chciałam, nie do kąpieli.

Strachy na lachy

Wiecie jak to jest. Człowiek wysikuje dwie kreski na teście ciążowym, dowiaduje się, że będzie rodzicem, a już chwilę później budzi się w środku nocy z zabawkami w łóżku i niestety nie mam tu na myśli zabawek erotycznych. No po prostu czas zapindala jak Speedy Gonzales.
I tak też było z nami. Zasnęliśmy z tym całym niewygodnym kramem wokół naszych cieplutkich, jak dwie nowiutkie farelki, ciał.
Nad ranem wezwała mnie Matka Natura, w sensie siku kazała mi iść zrobić, więc wstałam, bo podobno matki trzeba słuchać.
Niestety, gramoląc się z wyrka, zupełnie przypadkiem włączyłam Lwa Kacpra.
Ciemność. Cisza. Moje myśli jeszcze nie wyskoczyły z sennego baseniku, a zabawka, świecąc się na czerwono, wrzeszczy: LUBIĘ SIĘ Z TOBĄ BAWIĆ.

Dobrze, że tylko siku mi się wtedy chciało…