Archiwum kategorii: opowiadam

Kwarantanna

Z podstawówki pamiętam niewiele. Może ten kamień zaplątany w liściach spod zardzewiałych drabinek; może łaskotki pod pachą i złamany nos; może też oranżadę na miejscu, a w kieszeni cały świat w cenie pięciu złotych. Z lekcji świta mi wykuta mazurska mapa jezior i zamykanie oczu „żebyśmy odpoczęli”, gdy facetka od przyry już dłużej z nami nie mogła.

Sześć lat w jednym budynku z tymi samymi ludźmi na pewno dużo mnie nauczyło, tylko teraz jakoś nie pamiętam, bo to było pierwsze albo drugie z moich żyć. No dawno, najprościej mówiąc. Ale pewnie było warto. Tylko teraz jakoś nie pamiętam. Jestem pewna, że było świetnie. Serio. Tylko teraz jakoś nie pamiętam.

Ze wszystkich ubrudzonych tuszem palców, krzyków stolik-ławka-kolega-ściana i niedbale przerzucanych kartek, w mojej głowie do dzisiaj mieszka opowiadanie, chyba z trzeciej klasy; niedługie, dwie strony A4, więcej nie dam. Historia ludzi, którzy nie mogli wychodzić z domów, bo na zewnątrz chaos, ruina, pożoga, śmierć i głębokie sztachanie się strachem; więc lekcje on-line, bezosobowe spotkania w sieci, wirtualne spacery.

Zabawne.

Wybaczcie, ale wszyscy żyjecie dzisiaj w mglistym wspomnieniu opowiadania z mojej, dorosłej już, głowy. Opowiadania z książki dla dzieci z podstawówki sprzed dwudziestu lat.

Manekin

Około dwunastej w południe nogi poniosły mnie po mieście i gminie celem zbadania lokalnego rynku włókienniczego; najprościej mówiąc shopping, bitch. Drepcząc w stronę, która miała mi zapewnić dłuższy spacer, albowiem w domu larum, harmider, rwetes, w towarzystwie „Emilii”, która „chce spać” (pozdro dla kumatych), po stronie niepiśmiennej przyuważyłam manekina okutanego seledynowym pierzem z domu mody Ulica Sezamkowa.

Zatrzymałam się, bo blask zieleni olślepiłby nawet Franka Slade’a, a ja akurat szłam bez przeciwsłonecznych. Stałam tak sobie dłuższą chwilę, gując żumę, gapiąc się jak skończony pojeb i kontemplując rozmiar figury, bo taka dosyć plus size i pomyślałam, że świat pędzi, a ja nie nadążam, gdy manekin poruszył się i sięgnął po coś z parapetu, a tym czymś okazała się być drożdzówka.

Manekin był człowiekiem, samicą, panią i zdecydowanie nie był to sklep z odzieżą tylko, kurwa, piekarnia Tęgoborze na Piotra Skargi w tym smutnym jak wagina mieście.

Panda 3

2011, Polska B, polibuda, budynek P, budowa mostów i dróg; ja tam taki trochę wykidajło z dodatkowym oprogramowaniem na przynieś, podaj, pozamiataj, czyli bez zmian, bo nadal na celowniku, ale bez celu.

Typy mosty zaliczały prostym systemem o nazwie „w Łańcucie kalosz robi projekty” i tajemnicą poliszynela było kto tak naprawdę i za ile. Zaliczenie polegało na przyniesieniu papierów i polizaniu rowa panu, niech będzie, Iksińskiemu; generalnie normalka, c’nie. Jedynym pytaniem było ilu przęsłowy most miałeś, krupniczku, na karteczce.

Pośród karpików znalazł się pacjent, który w Łańcucie na parkingu projekt co prawda odebrał, ale nawet na niego oka nie zarzucił, no bo w sumie na chuj, co ja, inżynierem jestę?
I wszedł z naręczem świeżej makulatury prosto na ścianę pt. Ile przęseł ten most, proszę pana?
– Mmm… trzy.
No i okazało się, że w totka to niech on lepiej nie gra, bo jego most to, kurwa, dwuprzęsłowy. Iksiński zajebał sobie mlaskiem w czoło i zrezygnowany pyta:
– A wie pan jak ja się w ogóle nazywam?
– Mmm… pan profesor Iksiński?
– Ech, chociaż tyle. Idź pan, trzy.

Tak, że in your face, kujony. Tak się robi dyplomy. 😆

#jajestemedukacja

Zakupy przedświąteczne

Byliśmy dzisiaj na zakupach przedświątecznych. Z dwójką dzieci.
W zasadzie tutaj mogłabym skończyć, ponieważ te zdania noszą w sobie tak ogromny pokład nieszczęścia, że wystarczą za milion innych słów i za tysiące wypitych na smutno drinków.

Ludzi w markecie było prawdopodobnie więcej niż na promocji Xiaomi. Na jednym metrze kwadratowym gęściej niż w centrum Tokio. Gdzie są marynowane patisony, bożenadlaczego ta lista jest taka pomiętolona, kurwamaćandrzej połóż te mandarynki na wagę, bo nas na kasie cofnoo!

I kiedy tak przebijaliśmy się przez ten zestresowany tłum, stosując się do wszystkich survivalowych porad Beara Gryllsa; gdy smagani wściekłymi oddechami i biczowani piękącymi spojrzeniami próbowaliśmy dowlec się wąską ścieżynką wstydu w kierunku korytarza życia, wtedy mnie olśniło.
Przecież wszyscy, gdzieś tam głęboko, pomiędzy żołądkiem a krtanią, jesteśmy tacy sami. Mamy bliskich, kochamy, smucimy się, złościmy, zachwycamy się, tańczymy gdy nikt nie patrzy, śpiewamy w samochodzie i wszyscy, tak jak tam staliśmy, czyhając na ostatnie cytryny, absolutnie wszyscy: robimy kupę.

Wyluzowałam. Jak po dobrej posiadówie w tojtojce, z nielimitowanym netem w telefonie.
Tak wiele nas łączy!

W kupie siła

Jakby na mnie nie patrzeć, czy to z lewej, z prawej, na waleta, czy w odzieniu, zamiast z wody, składam się z kawy. Co prawda chyba takiej mocno mlecznej, bo niestety, ale dupę mam cały rok bladą jak u Tildy Swinton i to po charakteryzacji na Królową Śniegu; no tutaj się genetyka nie popisała. Jednakże lubię, pijam często, co zrobisz, nic nie zrobisz, dej żyć.

No i poszłam na kawę do takiej, proszęjaciebie, kawiarni ą ę madafaka, gdzie z sufitu sypie się złoto, kelnerzy na rolkach tańczą foxtrota, mariolki nie obgryzają paznokci, ciastka są tylko warzywne bądź zupełnie z powietrza posypanego bogactwem, a nadprogramową dwójkę na obczyźnie spłukuje się splendorem, a nie jakąśtam plebejską, tfutfu, wodą.

Niemniej! kontemplując życie, smak jutra i zapach wczoraj, zostałam mimowolnym świadkiem sceny typu dzieciństwo plus moduł rodzeństwo, z naciskiem na bliskość i brak krępacji.
Brat: I co zrobiłaś? Kupsko?
Siostra: Nie… głupiś? Tylko siury.

Wczesną (prawie) zimą

Moja relacja z zimą jest równie wyborna jak ta Nergala z Biblią. Z tym, że to zima jest w tej konfiguracji Nergalem. Depcze mnie i chłosta bez litości i mimo mojej szczerej niechęci, wraca szybciej niż Karolak do Violki, czyli najprościej mówiąc nasz status związku: to skomplikowane.

Ale nawet naczelnemu hejterowi pizgawicy, jakim zresztą mianowało mnie swego czasu Ministerstwo Aury Pogodowej Oraz Klimatu i Klimakterium, zdarzy się wstrzymać oddech na widok pierwszego śniegu.

Jest jakiś niewypowiedziany spokój w powolnym opadaniu białych, świeżych płatków na ostatnie zielone kawałki świata. To zresztą niesamowite, że ten cudowny zapach igłom drzew, który przywołuje przyrodę w nozdrza pamięci, nadaje dopiero puszysty chłód.
Najlepsze jednak czeka, kiedy spojrzysz w górę. Niebo jest jakby z kamienia – ciężkie i niedostępne, a na jego tle delikatnie odznaczają się białe pióra, które po zetknięciu z rozgrzaną emocjami skórą, śmiało spływają po uniesionej twarzy, w dół, na szyję i nagie ramiona.

To modlitwa bez szat, dziękczynienie bez kadzideł, prośba bez muzyki organów.
Tempo zwalnia i już naprawdę kurwa nie wiem czy te mokre policzki to śnieg, czy ja.

To dobrze, że akurat tak

Chyba było to wczesną wiosną. Nie wiem dlaczego, wspomnienia najczęściej są przybrudzone, ale wydaje mi się, że słońce świeciło bardziej na miodowe powitanie niż jesienno-zimowy paraliż.

Stała sobie w przeciągu, oparta o drewnianą futrynę dzieciństwa, w dzierganym sweterku, białych włosach, które niecierpliwe kręciły się pod małymi ramionkami, z tym swoim metrem wysokości, niebieskim spojrzeniem i wielką ufnością. Mrużyła oczy, a uszy zatykała zaciśniętymi piąstkami. Gdzieś obok fruwały gęste słowa i mocne dźwięki; poczucie winy wiło się obok jej kolorowych skarpetek z gumowymi podeszwami. Wiatr wleciał przez otwarte drzwi, poprzewracał buty i uniósł jej powieki, a główkę skierował w prawo, by zobaczyła ciężkie, słone krople na skalnej twarzy fundamentu.

Skała jest przecież mocna, można się pod nią schować, położyć obok i słuchać najmądrzejszych szeptów albo bez końca pytać „dlaczego”; można tańczyć na jej szczycie, tulić się do mchu i śpiewać kolędy w środku lata.
A jednak.
W marmurze znajomych, najsilniejszych ramion, ten początkowo rześki dzień, ze zmęczonym kaprysem leniwie upływającej doby, wyżłobił rysę.

Myślę, że to był pierwszy raz, kiedy pękło mi serce.
Teraz już to wiem.

Wtedy po prostu rozbolał mnie brzuch i zapiekły policzki.

(życie to ciągłe umieranie)

Wycinam się

Ctrl+X; na ukrytej w korze mózgowej klawiaturze wklepuję sekwencję i wycinam się z rzeczywistości. Jestem nigdzie i jestem zawsze, trochę z przodu i trochę z tyłu, jednym kawałkiem w teraz, a innym w przeszłości i przyszłości. Nie mam kształtu, ale mam cel.

Ctrl+V; wystukuję i wklejam się na najchłodniejszą, deszczową chmurę w najbardziej zwyczajnym z miast – być może w żadnym, być może w każdym.
Kładę się na brzuchu i wystawiam ręce jak najdalej, jakbym chciała puchem okryć ramiona i jakby przez całe życie było mi zbyt gorąco. Ubrana w dreszcze spoglądam w dół na ludzi pochłoniętych dniem. Każdy inny, każdy taki sam. Dokładam słone krople do tych, które już i tak zaznaczyły czoła przechodniów. Wyciągam ręce jeszcze mocniej. Chcę im podać dłoń, objąć uśmiechem i podzielić się bielą skradzioną przed chwilą z niespokojnego nieba.
Widzę ich.

Widzę Cię.

Zwisa mi to

Szłam sobie ulicą i wszystko mi wisiało. Ale to tak mi wisiało, że nawet kałuże mnie nie ruszały. Ani to, że mnie samochód ochlapał. Ani to, że smog gilał mnie po astmie. Ani to, że pani Wiosna wysłała meteorologom SMSa, że jej wakacje się przedłużą, bo poznała na plaży jakiegoś żigolaka, a plotki głoszą, że na pewno nie był to skromny pan Przebiśnieg. Ani nawet to, że zapomniałam portfela, nie kupię kawy i znowu będę musiała zadowolić się herbatą.

Mijałam różnych ludzi. Panią z ubłoconym pieskiem, pana z torbą na kółkach, dzieciaki z plecakami, w których prawdopodobnie niosły swoje pokoje razem ze ścianami.

Oni szli, ja szłam i nikt nic nie powiedział. A powinien.

Dopiero będąc pod domem, sąsiad, zaraz po szybkim dzień dobry, zagadał.

– Coś pani wisi… – powiedział.

Cholera, pomyślałam, skąd typ wie, że ja dzisiaj w nastroju motylka z jutjuba, rząd mam dupie i SLD mam w dupie. Spojrzałam na niego nie do końca kumając kiedy zdążył być na szkoleniu w zakonie czarnoksiężników, bo widuję go niemal codziennie i zastanawiając się ile wziąłby za sprzedanie paru magicznych sztuczek.

– Słucham? – wydukałam.

– No, z kieszeni pani coś zwisa.

Popatrzyłam w dół, wywróciłam płaszczem, uśmiechnęłam się, że to niby tak specjalnie było, takie Paprocki&Brzozowski rodem z Małopolski.

Przez pół miasta szłam z tetrową pieluchą w koniki bujane, zamaszyście czyszcząc ubłocone chodniki mojego śmierdzącego dymem miasta.

No trudno.

Oby to była prawda

Kiedyś ktoś ważny, kto lubił zrywać dla mnie słodki groszek i wysypywać mi go na koszyczek spleciony z moich niedorosłych palców i gładkich rąk, powiedział mi, że och gosiu, ależ ciebie bardzo dotyka to, że ucieka nam czas.

Nie wiem czy miał rację i czy te słowa wtedy do mnie pasowały. Wiem tylko, że od tamtego czasu, swoim niezbyt mądrym tempem, to ja dopasowuję się do nich.

Więc może bywa też tak, że gdzieniegdzie, dużo mocniej, tworzą nas słowa.