Archiwum kategorii: opowiadam

Nie mogłam zasnąć

To było tak, że urodził się poza ogrodzeniem z bielonego drewna. Furtkę do beztroskiej teraźniejszości zamknęła mu nie tylko wszechobecna wojenna zawierucha, ale równie aktualna wówczas ciężka ręka rodzicielskiej (nie)sprawiedliwości. Teraz twierdzi, że gęste powietrze przecinały wtedy już tylko jego bezradne pojękiwania chowane pod ciężkim, dębowym stołem oraz żałosne okruchy modlitw pełnych nadziei do Boga, którego jednak szybko znienawidził za to, że zabrał mu jasnowłosną matkę zamiast ojca – kata.

Tatko, bo tak kazał na siebie mówić, miłość do syna mierzył liczbą batów odbitych na wychudzonym ciele potomka oraz godzinami, które kazał spędzać mu na kolanach w zimnym kącie ubogiej izby ich drewnianego domu. Młodemu w tych momentach zdarzało się myśleć, że wolałby spłonąć teraz, natychmiast, skruszyć się w szary popiół w rozległym pożarze i wiedzieć, że to już; że życie przeleci przed oczami, pożegna się jakimś przypadkowym wspomnieniem składającym się ze smaku soku agrestowego oraz zapachu ciała po wieczornych kąpielach w pobliskiej rzece, i da odpocząć. Zamiast tego, wydawało mu się, że ginie powoli i boleśnie, stopniowo zatruwając się dwutlenkiem węgla, wydychanym przez swojego ojca, którego obraz podstępnie i mimowolnie wdzierał się chłopakowi pod sączące pęcherze.

Młode serce, rozrywane przecież codziennie przez otaczające je śmierć i strach, ojciec zamiast ukoić spokojem, systematycznie zasypywał kilogramami soli, jak gdyby zamiast wody, to głównie z niej się składał; jak gdyby wydobyto go z kopalni pewnej upalnej nocy, przeklinając na zaduch w górniczym szybie; jak gdyby nigdy nie podjęto wysiłku urodzenia go i nigdy też nie otoczono opieką.

Szczęśliwie jednak, przeżył wojnę i tatka, ale sam już nie wiedział, co bardziej wytrawiło mu wnętrze. Rana przez długie lata uparcie nie chciała się goić.

(…)

Lekcja

Siedział na starym tapczanie przykrytym czarno-zielonym kocem w geometryczne kształty. Kładąc prawą nogę na lewą, przygarbił się jeszcze mocniej, jakby ramiona chciał wcisnąć w przeponę, a zębami wgryźć się ponad pępkiem i tym samym przyspieszyć znikanie; nie jak do tej pory, po kawałku, tylko teraz, natychmiast, w kuchni, w cieple, z kawą w szklance z metalowym koszyczkiem; gdy w głowie jeszcze łączą się kropki i zrozumienie cudzych słów nie ginie w lesie splątanych myśli.

Ale nie zniknął. Nie wtedy. Zamiast tego pociągnął nosem, odchrząknął, machnął rękami przed zatroskaną twarzą, łapiąc w dłonie niewidzialną muchę i, lekko skrępowany swoją nieporadnością, opowiedział mi dlaczego to wszystko takie wykąpane w szambie; to jego życie, w sensie, w tych momentach przydrożnych rowów, parkowych ławek i obcych drzwi wąskiej, małomiasteczkowej zabudowy.

Poczułam i chyba też mnie zabolało. Ale nadal nie rozumiałam po co. Dopiero parę lat później, biegnąc gdzieś za uciekającą dobą, odkryłam, że można mieć wymówkę /przeciw/ albo powód /do/ oraz, że obie te rzeczy mogą być tak naprawdę tym samym.

Niechcący pokazał mi, że nie każdy chce i nie każdy potrafi być

szczęśliwy.

Kwarantanna

Z podstawówki pamiętam niewiele. Może ten kamień zaplątany w liściach spod zardzewiałych drabinek; może łaskotki pod pachą i złamany nos; może też oranżadę na miejscu, a w kieszeni cały świat w cenie pięciu złotych. Z lekcji świta mi wykuta mazurska mapa jezior i zamykanie oczu „żebyśmy odpoczęli”, gdy facetka od przyry już dłużej z nami nie mogła.

Sześć lat w jednym budynku z tymi samymi ludźmi na pewno wiele mnie nauczyło, tylko teraz jakoś nie pamiętam, bo to było pierwsze albo drugie z moich żyć. No dawno, najprościej mówiąc. Ale pewnie było warto. Tylko teraz jakoś nie pamiętam. Jestem pewna, że było świetnie. Serio. Tylko teraz jakoś nie pamiętam.

Ze wszystkich ubrudzonych tuszem palców, krzyków stolik-ławka-kolega-ściana i niedbale przerzucanych kartek, w mojej głowie do dzisiaj mieszka opowiadanie, chyba z trzeciej klasy; niedługie, dwie strony A4, więcej nie dam. Historia ludzi, którym zabroniono wychodzić z domów, bo na zewnątrz chaos, ruina, pożoga, śmierć i głębokie sztachanie się strachem; więc lekcje on-line, bezosobowe spotkania w sieci, wirtualne spacery.

Zabawne.
Wybaczcie, ale wszyscy żyjemy dzisiaj w mglistym wspomnieniu opowiadania z mojej, dorosłej już, głowy. Opowiadania z książki dla dzieci sprzed miliona lat.

Zimą

Jest jakiś niewypowiedziany spokój w pierwszym, powolnym opadaniu białych, świeżych płatków na ostatnie zielone kawałki podwórka. To zresztą niesamowite, że ten cudowny zapach igłom drzew, który przywołuje przyrodę w nozdrza pamięci, nadaje dopiero puszysty chłód.

Najlepsze jednak czeka, kiedy spojrzysz w górę. Niebo jest jakby z kamienia – ciężkie i niedostępne, a na jego tle delikatnie odznaczają się białe pióra, które po zetknięciu z rozgrzaną emocjami skórą, śmiało spływają po uniesionej twarzy, w dół, na szyję i nagie ramiona.

To modlitwa bez szat, dziękczynienie bez kadzideł, prośba bez muzyki organów.
Tempo zwalnia i już naprawdę nie wiem czy te mokre policzki to śnieg, czy ja.

To dobrze, że akurat tak

Chyba było to wczesną wiosną. Nie wiem dlaczego, wspomnienia najczęściej są przybrudzone, ale wydaje mi się, że słońce świeciło bardziej na miodowe powitanie niż jesienno-zimowy paraliż.

Stała sobie w przeciągu, oparta o drewnianą futrynę dzieciństwa, w dzierganym sweterku, białych włosach, które niecierpliwe kręciły się pod małymi ramionkami, z tym swoim metrem wysokości, niebieskim spojrzeniem i wielką ufnością. Mrużyła oczy, a uszy zatykała zaciśniętymi piąstkami. Gdzieś obok fruwały gęste słowa i mocne dźwięki; poczucie winy wiło się obok jej kolorowych skarpetek z gumowymi podeszwami. Wiatr wleciał przez otwarte drzwi, poprzewracał buty i uniósł jej powieki, a główkę skierował w prawo, by zobaczyła ciężkie, słone krople na skalnej twarzy fundamentu.

Skała jest przecież mocna, można się pod nią schować, położyć obok i słuchać najmądrzejszych szeptów albo bez końca pytać „dlaczego”; można tańczyć na jej szczycie, tulić się do mchu i śpiewać kolędy w środku lata.
A jednak.
W marmurze znajomych, najsilniejszych ramion, ten początkowo rześki dzień, ze zmęczonym kaprysem leniwie upływającej doby, wyżłobił rysę.

Myślę, że to był pierwszy raz, kiedy pękło mi serce.
Teraz już to wiem.

Wtedy po prostu rozbolał mnie brzuch i zapiekły policzki.

(życie to ciągłe umieranie)

Wycinam się

Ctrl+X; na ukrytej w korze mózgowej klawiaturze wklepuję sekwencję i wycinam się z rzeczywistości. Jestem nigdzie i jestem zawsze, trochę z przodu i trochę z tyłu, jednym kawałkiem w teraz, a innym w przeszłości i przyszłości. Nie mam kształtu, ale mam cel.

Ctrl+V; wystukuję i wklejam się na najchłodniejszą deszczową chmurę w najbardziej zwyczajnym z miast – być może w żadnym, być może w każdym. Kładę się na brzuchu i wystawiam ręce jak najdalej, jakbym chciała puchem okryć ramiona i jakby przez całe życie było mi zbyt gorąco. Ubrana w dreszcze spoglądam w dół na ludzi pochłoniętych dniem. Każdy inny, każdy taki sam. Dokładam słone krople do tych, które już i tak zaznaczyły czoła przechodniów. Wyciągam ręce jeszcze mocniej. Chcę im podać dłoń, objąć uśmiechem i podzielić się bielą skradzioną przed chwilą z niespokojnego nieba.
Widzę ich.

Widzę Ciebie.

Oby to była prawda

Kiedyś ktoś ważny, kto lubił zrywać dla mnie słodki groszek i wysypywać mi go na koszyczek spleciony z moich niedorosłych palców i gładkich rąk, powiedział mi, że och gosiu, ależ ciebie bardzo dotyka to, że ucieka nam czas.

Nie wiem czy miał rację i czy te słowa wtedy do mnie pasowały. Wiem tylko, że od tamtego czasu, swoim niezbyt mądrym tempem, to ja dopasowuję się do nich.

Więc może bywa też tak, że gdzieniegdzie, dużo mocniej, tworzą nas słowa.

Bliskie spotkanie

Zdarzyło mi się kiedyś towarzyszyć Śmierci przy pracy. Myślę, że po prostu przeszkodziłam w procesie, niechcący stanęłam w przestrzeni między ustami, a brzegiem pucharu. Gdy się dzieje, to nie wiesz, że się dzieje; ale kiedy podchodzisz na palcach, wstrzymując oddech, spoconymi dłońmi ugładzając nerwowo brzegi ubrania – okazuje się, że nawet Ostateczność potrafi z szacunku pochylić głowę nad Skończonością. Byłam nieświadoma i ostrożna, więc chyba z litości (jakże ludzkiej przecież) pozwoliła mi go jeszcze podnieść i zmienić mu koszulę.

Robiłam to wcześniej tysiące razy, więc przygotowana na opór czyjegoś ciała, napięłam się cała jak jedna z tych metalowych strun, co rani opuszki palców. Nie uniosłam go jednak; nie w ten sam sposób. Objęłam pióra zlepione w znajomy, ludzki kształt.

Kilka dni później, w zimowe popołudnie, stałam na cmenatrzu patrząc na białe rękawiczki i grube liny. Trzęsłam się jakby Ona sama drapała mnie po karku skostniałą dłonią, przypominając o przysłudze i wywołując nieprzyjemne dreszcze. Nie pamiętam kto mówił, co mówił, jak mówił. Myślałam tylko o tym dlaczego wtedy, tak nagle, stał się taki lekki. Nie mogłam wyrzucić tego z głowy – jakbym wtedy schyliła się po niemowlę potrzebujące ukojenia w silniejszych i pewniejszych, od niego całego, ramionach.

Zastanawiałam się jeszcze nad tym w drodze do domu, znacząc niedbałe ślady na śniegu. I dotarło do mnie, że pewnie właśnie tyle waży ciało – już bez ziemskiej grawitacji czarnej dziury bezsensu i beznadziei, gdzieś spod wąskiego łóżka.

Dół

Wpadłam kiedyś do dziury większej i głębszej niż słowa ludzi dobrej woli. Pełno było tam ostrych krawędzi i lepkiego błota, a pierwszą myślą, która spadła mi pod nogi, było mgliste oczekiwanie. Szybko przypomniałam sobie jednak, że jestem tworzywem z kolorowego szkła, wydmuszką, która nie nadaje się do kolejki i postanowiłam, że natychmiast stamtąd pójdę. Sama. Ustawiłam się tyłem do mchu porastającego głazy, bowiem jeszcze pamiętałam, że najlepiej kierować się na północ; pomyślałam – nic to, najwyżej dojdę pod biegun i jakoś wrócę do kraju, może tanimi liniami – i ruszyłam.

Droga była ciemna, wilgotna, pachnąca leśną ściółką w warkoczu z torowiskiem po wiosennej burzy; wydawała się nie mieć końca, a za każdym razem, kiedy chciałam odpocząć, wokół mnie wyrastało sześć nowych tras. Musiałam się mocno pilnować, by trzymać się tej wcześniej obranej, zwłaszcza że każda z nowych dróg kusiła zapachem lawendy, krótkimi błyskami jaskrawych reflektorów i obietnicą szybszego końca tej nietypowej wędrówki.

Bywało, że idąc, spotykałam zwierzęta, rośliny, zastawy, sztućce, meble, ziarniste zdjęcia, ale nigdy innych ludzi. Na szczęście nie było tam zupełnie cicho, gdyż niezliczone szmery, wiatr i nieśmiałe dreszcze tego przedziwnego ekosystemu zagłuszały odgłos płynącej w moich żyłach krwi. O dziwo, nie bałam się, na swoim biodrze czułam bowiem niewyraźny ciężar, a zarazem miękkość, na przedramionach lekkie drętwienie, a na szyi, tuż pod uchem, pokorny oddech.

I tak szłam i szłam, i przysięgam, że trwało to rok, pewnie jeszcze dłużej. Ciągle mgła, szarość, tunel i ja. Na początku drogi nie mogłam znieść swej nieskończonej samotności, lecz im dalej szłam, tym mocniejsze stawiałam kroki, a moje własne towarzystwo przestało mnie męczyć i zaczęło ciekawić. Pewnego razu (przez uparcie panujący grafit przestrzeni, nie byłam w stanie określić czy był to dzień, czy noc), obudziłam się z poczuciem, że co prawda znowu czeka mnie monotonia niezmiennej podróży, jednak szczerze mnie to ucieszyło. I z tą myślą rozstąpiła się nade mną ziemia.

Gliniane sklepienie zaczęło sypać mi się na głowę, cofnęłam się w bezpieczne miejsce. Przeczekałam tę dziwną anomalię, a gdy niepokój ucichł, wychyliłam się by zobaczyć, co też się tam stało. Popatrzyłam w górę – stał tam on. Jak zawsze miał na/w sobie uśmiech, ciepłe spojrzenie i szorstkie dłonie, które wyciągał w moją stronę.
– Tęskniłem.
– To już? Wracam?
– Tak. Ściana pękła sama. Wcześniej, ilekroć próbowałem ją zniszczyć, łamałem sobie paznokcie, palce i serce.
– Przepraszam.
– Przestań już. Nawet nie wiesz jak się cieszę.


Złapałam go za rękę i zawisłam, a on miał wielką siłę całego świata; wyciągnął mnie na górę, podczas gdy ja pomagałam mu jedynie dobrą myślą.
Było mi dobrze.
I ciepło. I jasno.