Archiwum kategorii: dawkuję

Piętnaście minut

Kawa, wdech nosem, wydech ustami; piętnaście minut do wyjścia, a jednak kubek trzymam pewnie i nie szukam wzrokiem płaszcza. Zdążę jeszcze chwycić pióro i przepuścić przez siebie cały potok słów. Ucieszę się ze szklistych soczewek przy chłodnej szybie nad stertą książek i zmrużę oczy mocniej niż powinnam. Nadam dniu właściwy ton, bo nie mam nic więcej i chyba o tym wiem (teraz, już, jeszcze).

Piętnaście minut; dekadę temu nie zdążyłabym nawet nakremować dłoni na mróz, już biegłabym pod górę, po bruku, obok kapliczki i latarni ze zbitym kloszem.

Wybiera się jak się czuje czas. Wybiera się gdzie postawić kreskę na osi.

Luty dwazero dwazero

Luty. Chyba wytrzymam jeszcze trochę. Niedługo otulę się już tylko jedną warstwą; odzieży również. Rzucę ciche „witaj”, a ono nie odbije się od ciemnego, stężonego powietrza, nie wróci jak bolesne echo niedoczekania. Będzie przestrzeń i czysty, wartki nurt słóworazzdarzeń, a to co wypuszczę poleci tam, gdzie powinno – z dala, kurwa, ode mnie.

Do Ciebie.

Złe losy

Albo może być też tak, że każdy dzień to jakby od nowa, ale trochę na niby. Że okropnie trzęsą się, ubrane w rękawiczki, dłonie i dlatego ze szklanej kuli zamiast „prawdziwe”, wyciągam „nieswoje”. Obracam i mielę kuponik z wróżbą między palcami; wydarza się ciasny bar mleczny, gdzie zamiast naleśnikami i skórką od pomarańczy, pachnie wilczą jagodą i mokrą glebą.

Wciągam brzuch, prostuję plecy, a na ramiona i głowę ładuję nadmiar brudnych naczyń; ludzie z lisimi uśmiechami dokładają talerzy, a ci z ziemistym wzrokiem rzucają miskami pod moje stopy. Manewruję między stolikami, uważając żeby nie skończyć z głową na betonie i robakami w uszach; to ciągle jeszcze wygląda mi na kolejny poziom w niskobudżetowym RPG, bez recenzji na YouTube, zatem być może za drzwiami kryje się lawendowy ogród o uspokajającej woni. Nigdy nie wiem.

Popycha mnie nadzieja.
Pewnie jestem głupia.

Trudno. Siematoja.

Dystraktor

Ze wszystkich umiejętności społecznych (?), jakie bozia mi dała, a jakie, siłą upływającego czasu, rozwinęłam, za najbardziej szlachetną uważam tę, która odpowiada za zmianę kierunku przepływu myśli; trochę jakby odwracanie uwagi, a chyba bardziej nawet, że można na mnie polegać. Czy coś takiego.

Bliżej mi do ludzi, bo gdzieś tam pod żebrami czuję i wiem, że nie chodzi o zapominanie, a o to by to, co kłuje odpowiednio oszlifować i z równą czułością, z jaką traktuje się przyjemne wspomnienia, ułożyć na brzegu pamięci. W sensie, że sprawczość uspokaja; ta mentalna również.

Wydaje mi się, że w przypadku najmroczniejszych strachów, wszyscy startujemy z tego samego pasa, a ja coraz lepiej czuję się w roli dystraktora, tła, laleczki z saskiej porcelany; która wyprasuje pomiętą duszę, pogłaska bolące miejsce i przypomni, że to dobrze, że życie nie jest gładką, prostą autostradą ani nawet – choćby stromymi – schodami.

Że… że… żeee… to więcej.


Słońca brak STOP pomocy STOP

Jak co roku, kilkaset razy (dziennie?), kiedy słońce spierdoli gdzieś za jebany horyzont marzeń człowieka, co to mu zawsze wiatr w oczy i sól na rany, ja jestem w takim punkcie wkurwu egzystencjalnego, że jeżeli zaraz nie przyjdzie wiosna, a wraz z nią długi dzień, to najpewniej dostanę pierdolca i jeszcze, niedejpanie, zacznę pisać chujowe wiersze o tęsknocie.
Kocham poezję; ale raczej czytać.

W każdym razie, codziennie chodzę z pytaniami z pogranicza jakiejś kurwa filozofii, wpisanymi w moje skronie. Niestety pytania te, oprócz pralko-suszarki między uszami, nie przynoszą żadnej znaczącej poprawy mojej sytuacji, wręcz przeciwnie: tworzę sobie jakieś indagacyjno-myślowe perpetuum mobile, po czym najpierw popadam w zadumę, potem w melancholię, następnie w smutek, by na końcu tego szlaku, po prostu się wkurwić.

Wiadomo, wszystko co robimy, czynimy po to żeby nadać życiu sens. Ale dla mnie, przynajmniej obecnie, nie jest to wystarczającą motywacją.
W skrócie: patrzę na panele i myślę „na chuj te panele”; widzę ludzi stłoczonych na parkingach albo w tych mocno skondensowanych konfiguracjach czoło-ramię-piszczel-okno, które w Bombaju czy innej Kalkucie uchodziłyby za zwyczajną kolejkę, i zastanawiam się „po co to wszystko”; stoję na mrozie, wdycham PM10 i PM2.5, patrzę jak wszyscy spieszą się, by odebrać zamówioną kurierem nerwicę, a w głowie mam tylko: „dlaczego, kurwa, dlaczego”.

Trzecia nad ranem

Mierzę się z głośnym pociągiem przecinającym mi michę na pół, choć tak naprawdę leżę na łóżku. Martwy hałas, żywe krzyki, cement w żołądku i wilgotno pod łopatkami.

Dziwne uczucie, ta trzecia nad ranem.

Mgła

Mgła. Już nie woda, jeszcze nie powietrze (jeszcze nie woda, już nie powietrze?). Gdzieś pomiędzy. Albo może właśnie tylko kiedy woda z powietrzem, tak razem i koniec, kropka.

Z daleka nie widać co w środku, za to już w niej wiadome jest tylko to, co najbliżej. Wydaje się jakby falowała we mnie – jak wtedy, gdy stoję na moście, spoglądam na płynącą rzekę i mam wrażenie, że na chwilę życie zrobiło ze mnie biernego marynarza; poruszam się bez ruchu.

Lubię mgłę. Sfery spadają mi na ramiona, lekko osiadają na wysokości myśli i chociaż przez ułamek ogniwa mogę być jednym palcem w niebie.

Donikąd

Widzę donikąd.
Na przykład za i ponad torami, po których codziennie jeżdżą pociągi i cieszą każdą osobę z grupy jeden do dziewięć.
Te wszystkie dzieci jako pierwsze liczby naturalne; tylko dodatnie.
A ja idę obok i patrzę.
Przypominam sobie, że tak właśnie będzie.
Nie tylko było.

Słowo bez i z

Weź kartkę i napisz na niej dowolne słowo. Przyglądaj się mu kilkanaście minut, bo litery istnieją poza czasem i bywa, że minuta z nimi to wieczność, a rok to chwila.
Analizuj gramatykę, strukturę, fakturę. Miel, obcinaj, rozdzielaj i łącz. Powtarzaj je w kółko, aż wypadnie wściekle na podłogę przez zgrzytające zęby i ściśnięte gardło.

Bo choć obiektywnie wszystko wygląda poprawnie, zobaczysz, że słowo z Twojej kartki straci sens.

Wtedy wróć.

Bo to ja jestem tym słowem.
Słowem bez sensu.

Słowem każdego.

(;

Brak słów

Chodzi o to, że ja kocham (w) słowa. Wiem, że czasem nie wystarczają, ale wiem też co tak naprawdę ze mną robią. Lubię wyrażać się w ten sposób, więc kiedy nagle zderzam się z brakami w słowniku, to trochę zastygam pod ciężarem z ołowiu, który jeszcze niedawno był przecież tylko jednym z narządów. 


Muszę rozerwać się na pół żeby wejść, wyjść, zniknąć i poszukać liter, bo tylko tyle na razie mam; słowa, nic więcej. I nie wiem jak długo ma to trwać. Chodzę więc trochę po znanym, a trochę po nowym i lepię te pierdolone głoski, bo jakaś część mnie musi nazwać swój środek. Próbuję, bo wierzę, że będzie mi łatwiej dźwignąć świeżą teraźniejszość kiedy nabierze kształtów alfabetu, ale nie umiem, kurwa, nie umiem. 
Zamiast tego zbieram pojękiwania serca i westchnienia duszy, tworząc z nich nowy język. Przez chwilę czuję ulgę, a potem uświadamiam sobie, że przecież nadal rozumiem to tylko ja. Nadal nie umiem tego wypuścić w sposób, który zakomunikowałby światu w jakich barwach grają moje wdechowowydechowe dźwięki. Nadal to jest tylko moje.


I tak się bronię i osłaniam każdego dnia; czekam na te krótkie mignięcia światła, które zdarzają się kilka razy w życiu; początkowo nieśmiałe, gdzieś między budynkami; te, które w miarę obrotów Ziemi i moich coraz śmielszych kroków stają się coraz bardziej wyraźne.

Gdy całą sobą mogę poczuć dojmujący dreszcz – że ktoś jednak czyta we mnie brak słów.