Archiwum kategorii: dawkuję

Fri-dom

Mniej lub więcej lat temu rozpoczął się kosmiczny projekt pt. „Ty/Ja: człowiek”. Z całą niesamowitością zdarzeń, (nie)istniejących przypadków, a z niezawodnością przeznaczenia. To się nie „stało” – to się dzieje.

Przyszliśmy na świat kompletnie wolni od uprzedzeń, schematów i ram, za to całkowicie zależni od opiekunów. Uposażeni w bardziej lub mniej wolną wolę, napompowani cudzymi oczekiwaniami, wypełnieni wiekowymi obietnicami jutra, osiągnąwszy umowną „dorosłość”, w otoczce konwenansów, jako naturalnej konsekwencji rozwoju cywilizacyjnego, odzyskujemy drobną namiastkę pierwotnej wolności.

Życie nie jest najłatwiejszą drogą, ale drugiej, równoległej, poza obszarem filozofii nauki, prawidopodobnie nie ma. Dlatego idziemy, spotykając ludzi i budując relacje. Lubię życie jako drogę: mam wtedy w głowie goniący mnie zachód za plecami i przygodę przed sobą. Niemniej, ludzkie trasy krzyżują się i to na fundamencie właśnie tej dosyć pozornej wolności.

Na ile, tak naprawdę, potrafimy przyjąć ciężar wolności i konsekwencje wyborów w jej obrębie? Jak często związki trwają przez uzależnienie, umowy, odpowiedzialność, która spadła przedwczoraj, a nie przez świadomy wybór konkretnej osoby; wybór w wolności? Czy umiemy przyjąć ten dar z całym jej gęstym, lepkim i ciągnącym się środkiem?

Czy bez tego życie to w ogóle… życie?

Woda

Jestem zakochana w wodzie jako idei.
W tym, że spowalnia mięśnie, rozczesuje włosy, modyfikuje dźwięki, rozprowadza dreszcze, przyciemnia blaski szczytów, dotyka między palcami oraz intensyfikuje marzenia.

To zupełnie nie do wymówienia – móc czuć się jak w wodzie, zupełnie bez wody. To tak jakby zapomnieć (się) i zatracić (się) pomimo, ale też ponieważ; jakby znaleźć miejsce na czyimś ramieniu, tuż przy uchu, choć droga od stóp, ku górze, była długa.

W wodzie, lecz na lądzie, to jak w intymności.

Tik-tok

Z okazji nieuchronnie nadciągającego nowego, Nina poprosiła o zegarek. Nic nadzwyczajnego: bez kompasu, noża i mikrofalówki; prosty przyrząd odmierzający czas.
Sama nie wiem, ale chyba jest coś namacalnie podniosłego w takich momentach. Jakbym stojąc przy szklanej, sklepowej witrynie, patrząc na odbijającą się w niej, podekscytowaną twarz Córki, wlewała w te wszystkie zegarki odwagę, nadzieję i obietnicę, czekając aż wybierze ten, który na nią czekał.

Dostała analoga w pakiecie z rodzicielską pewnością.
Nosi z dumą. Wyznacza rytm dnia, ciągle zdradzając godzinę; w kantorze codzienności zamieniając czas na słowa.

Chyba nagle… przybyło Jej parę chwil.

Ciasteczka

Łatwiej jest przez pewne sprawy przejść samemu, nie oglądając się na innych i nie dzieląc bagaży. Łatwiej napakować nieuprasowanych gaci, bo przecież jakoś to będzie. Ale nie dając nikomu pomóc poukładać swojego kramu, nie dajesz możliwości nauczenia się Ciebie.

Ty jesteś skądś, nie znikąd. Coś składa się na Ciebie i Ty na coś. Ty to wiesz, lecz nie wiedzą tego inni.

To tak jak z dzieckiem, które bardzo chciałoby nauczyć się robić ulubione ciasteczka, ale rodzic nie pozwalałby mu na to, bo szybciej byłoby upiec je samemu. Niby efekt jest ten sam: mamy ciastka. Udało się – ten raz. Tylko… ile jeszcze?

Dzień Czytania Tolkiena

Czytając wszystkie te mega odjechane zlepy słów w (nie)klasykach literatury, zawsze sobie myślę, że to jest coś, czego nigdy nie zapomnę. Tym będę karmić dzieci, pokazując im, że jestem tak niesamowicie oczytana i elokwentna.
To mnie definiuje.
To jestem ja.
Ale zapominam.

A w życiu mam bardzo podobnie.
Mam te ledwo parę lat i ludzi, którzy się mną opiekują, dbają i odwiedzają.
Wydaje się, że to nie może minąć. Ci ludzie to centrum mojego wszechświata.
To mnie definiuje.
To jestem ja.
Ale zapominam.

Mam naście lat. Wszystko wtedy jest bardziej pierwsze niż kiedykolwiek wcześniej było. Jest pięknie. Tak ma być, to się nie może skończyć.
To mnie definiuje.
To jestem ja.
Ale zapominam.

Jestem dorosła. Mam cudownego Męża. Wspaniałe Dzieci. Jest najlepiej.
To mnie definiuje.
To jestem ja.
Nie chcę nigdy zapomnieć.

Ciało ze wsi

Myślę, że z moją facjatą może być coś nie teges. Ma ona bowiem taką dziwną właściwość, że przyciąga wszystkich zbłąkanych w okolicy. Obłąkanych czasem też, ale jednak 1:0 dla pogubionych.

Drogę z każdego punktu miasta do okolicznych wsi, miast i miasteczek, znam na pamięć; w głowie mam topografię Sącza, a przed wycieczką w nieznane rejony obczajam okolicę na Google Maps, bo to że ktoś mnie zaczepi jest pewniejsze niż to, że Zubilewicz rzuci żenującym tekstem na antenie.
Idąc chodnikiem po swoich rewirach i widząc ten przyciągający wzrok obcych, już wiem, że za moment padnie: „Przepraszam, którędy do Gorlic?”.
Gnam po Krakowie: „Excuse me, how can I get into the city centre?”.
Spaceruję po Skopje i słyszę pytanie o drogę na targowisko. Dobrze, że po angielsku, bo w sumie… wiedziałam gdzie to jest.

Moja twarz jest obywatelką świata.
A reszta to tylko prosta dziewczyna ze wsi, sorry.

Gówniarze

Kupa niemowlaka to temat rzeka – zwłaszcza przy biegunce (ha haa haaa, sooo funny!). To zagadnienie tak dogłębnie przebadane, że w zasadzie w internetach brakuje tylko informacji o tym, jak rozpoznać chorobę po smaku kupsztalka.
Chyba brakuje… boję się sprawdzić.

My za to mamy Pierworodną, która pretenduje do roli Profesora Nadzwyczajnego Uniwersytetu im. Stolca Wielkiego, Katedry Kupologii Stosowanej.
Nikt tak nie wyczuje, że Kaja sprzedała nam niespodziankę do pampera, jak Szkrabąszcz właśnie.
A gdy już wyniucha kupkę jak gończy beagle zajączka, to nie ma zmiłuj – badanie kału za pośrednictwem mnie lub taty jest pewniejsze niż komary nad jeziorem.
Stoi na tyle daleko, by otwarty pampers nie popsuł jej powietrza i woła: „No i jaaak? Rzadka, normalna czy jak plastelina?”, potem przyczaja się trochę bliżej: „Jeeezuuu, jakie kupsko!”, by na koniec jeszcze dopytać: „Ale jaki to był dokładnie kolor?”.

Do czego jej to potrzebne? Nie wiem. Prawdopodobnie została zaciągnięta w szeregi wywiadu i my tutaj śmieszkujemy, a ona pomaga rządowi w stworzeniu śmiercionośnej broni biologicznej.

Wybrakowany ptak

Będąc dzieckiem, marzyłam by być ptakiem. Ciekawe czy ptaki marzą by być ludźmi?

Teraz myślę, że nadal mogłabym nim być, byle nie gołębiem.
No i bez tego całego wysiadywania jaj – zbyt niecierpliwia jestem.
Aaa i bez dziabdziania i memłania żarcia dla dzieci.
Oraz, ofkozz, bez srania na cudze samochody, bo wiem jak to boli, gdy z czystego auta ptaki urządzają sobie płótno do małego, artystycznego wyżywanka.
Generalnie, tylko latanie by mnie interesowało.

Pluton

Pamiętam jeszcze ten poranek, kiedy W KOŃCU poczułam się wykluczona.

Wiecie, jak ten Pluton, co to kiedyś był planetą, aż tu nagle w 2006 roku stwierdzono, że nie, nie, nie, zaszła pomyłka.
On, biedny, pewnie jeszcze nawet o niczym nie wie, bo kosmiczna depesza, którą ma dostarczyć mu Kapitan Spock, jest (podobno) dopiero gdzieś w okolicach Jowisza, a że tam są najlepsze imprezy, to prędko stamtąd nie ruszą.

I ja właśnie jestem jak ten Pluton. Jeszcze mi się wydaje, że jestem potrzebna w naszym domowym Układzie Słonecznym, ale jednak te mniejsze planety już czasem mają mnie gdzieś i bawią się same.

Boże, jakie to wspaniałe.
High five, Pluto! Będzie dobrze!

Nie Twoja wina, ale Twoja odpowiedzialność

Bardzo łatwo zrzucać całą winę za swoje niepowodzenia na karby ciężkiej przeszłości. W swoim najbliższym otoczeniu mam dojrzałe, dorosłe osoby, które nadal nie wyzwoliły się z ram trudnego dzieciństwa. Są emocjonalnymi galaretami i niszczą większość relacji, w które starają się wejść.

Możesz tłumaczyć się tym, co już minęło, to bardzo wygodne, ale możesz też pomału, systematycznie, codziennie dawać sobie szansę na szczęście.
To, że weźmiesz odpowiedzialność za swoje życie, że przestaniesz się umartwiać, nie umniejszy ogromu krzywd wyrządzonych przez Twoich winowajców.
Spotkał Cię syf, to nie Twoja wina, ale Twoje życie to tylko Twoja broszka.

Dokonaj słusznego wyboru, nie marnuj kolejnego dnia.