Archiwum kategorii: dawkuję

Człowiek bez miejsca

Trzytysięczna, i na pewno nie ostatnia, przeprowadzka w moim życiu, łapiąc mnie delikatnie za ręce, poprowadziła przez mentalny labirynt miejsc, których (już?) nie mam, a które mają mnie.

Jestem samozwańczym i niegodnym przedstawicielem ludzi bez kąta; w każdym bowiem znajdzie się pajęczyna, która mnie uśmiecha i wszystkie miejsca są moje, więc tak naprawdę żadne nie jest.

Przez organiczne dziury w zaufaniu nie uklepuję legowiska na dłużej, przez brak mocnych korzeni nie czuję potrzeby przynależności, przez słabe liny w setkach relacji opartych na small talkach nie zarzucam sieci i nie czekam – raczej walczę.

Wszędzie zostawiam po kawałku naskórka, garści włosów, oddechów i wspomnień, a wszystkie te miejsca zostają we mnie na wysokości ściśniętego żołądka, nie tworząc jednak spójnej całości, a dając mi jedynie melancholijny wgląd w potłuczone lustro, posklejane niedbale z mnogości minionych wydarzeń.

Niespokojne błyski między zwojami nie pozwalają mi na głęboki wdech wśród nieładu ulic, mieszkań, domów czy ogrodów; oddycham płytko i nieskładnie, oglądając świat z wysokości cudzych dachów – czasem tylko pozwalając sobie na spojrzenie w stronę słońca, by jednak po chwili poparzyć oczy.

Chaos, bałagan; a w środku ja.

Spoglądam w siebie z szeroko otwartymi oczami, ale ciągle nie porządkuję.

Na czas

W nowych miejscach śni się bardziej. Mnie śnił się bank oddechów, wyglądem przypominającym ten Gringotta. Ciemno, wilgotno i szorstko, a jednak w żelaznych szufladach leżały świecące oddechy. Wdechy i wydechy katalogowane na niebiesko. Niewielkie plamy o nieregularnych kształtach. Gdyby to była prawda, pewnie zwariowałabym z nadmiaru możliwości jakie dawałoby to nietypowe rozdawnictwo. Chyba nie udźwignęłabym konieczności wyboru w stosunku do łatwości z jaką zostawałoby się dawcą. Mam dużo mniejsze możliwości, a bywa, że nie unoszę wachlarza pod oczy.


Mój oddech, jeden tylko, wstrzymany przy czkawce, zachwycie, zdumieniu, przerażeniu, histerycznym śmiechu. Oddany bez wysiłku w płuca tych, którym tylko tego, tak naprawdę, w życiu zabrakło. Gdy wszystko inne mówi, że za wcześnie. Jednego oddechu tam trzeba było, jednego jeszcze; z podziemnego banku, w którym każdy jest dawcą i każdy jest zawsze na czas.

Stempel

Wydaje mi się czasem, że nie ma we mnie nic człowieczego, znanego; że więcej drewna i słoi; że jestem wyświechtanym stemplem spoza starych paragrafów. Powinnam jeszcze zostawiać mocne ślady, umoczyć się w niebieskim atramencie i znaczyć wszystko, czego dotknę. Kap, kap, kap, niebiesko na ścianach, podłogach, oknach, drzewach, głowach, sercach. Tylko, że zamiast wyraźnej pieczęci, gdzieś się drewienko pogruchotało, coś w nim złamało, a tam to jeszcze wytarło. Chyba nie ma już tego samego obrazka i znanego napisu. Wybijam rytm nieznanych widoków. Nawet stemple bywają zmęczone.

Za cho dy

Są zapachy dla głowy, kiedy wiesz, że truskawka nie może pachnąć cytryną, jeżeli tylko nie dasz się oszukać.

I są też zapachy dla serca, których nie wciągniesz bez otoczki małych zdarzeń (pół)światku, a które zawsze pachną najpiękniej.

Tak właśnie czuję zachody słońca – niezmiennie, choć zawsze inaczej, a jednocześnie stale i intensywnie.

Kolana mi miękną i zachwycam się codziennie; od nowa.

Krawcowa

No więc jestem taką trochę krawcową. To znaczy realne przyszycie guzika jest dla mnie wyzwaniem z wachlarza operacji Navy Seals, do tego stopnia, że po wykonanym zadaniu dzwonię do Babci oznajmiając jej powyższe tonem g³ o częstotliwości 1568 Hz; czyli, że się jaram.

Natomiast mentalnie to ja sobie przyszywam gamę pomyślnych znaczeń do każdej butelki rozbitej, kolana potłuczonego, pokątnego uśmiechu, mokrej poduszki, zaciśniętej pięści, no kurwa do wszystkiego, przysięgam. Dla mnie nawet ptasie gówno na świeżym fryzie, przed weselem siostry mej rodzonej, mogłoby okazać się okazją do wniosków z kategorii spokolokokokodżambo.

Ale ciiicho, bo mnie jeszcze, niedajboże, ktoś oskarży o optymizm.

Ta typiara tak ma

Bywa, że wchodzę w miejsca z tegocobyło, chociaż w kalendarzu nadal bieżące sprawy, zapłać podatki i kup pomidory. Przeszłość zwykle cuchnie stęchlizną i grzybem, a na ścianach ma ciemne plamy wątrobowe, nawet jeśli, gdzieś, u kogoś, jakimś cudem, framugi drzwi odmierzały głównie szczęśliwe dzieciństwo i raczej próżno szukać tam potłuczonych talerzy. Po prostu tak jest; wszystko się zmienia, starzeje, płowieje i znika. Ten rodzaj smrodu jest wręcz podniosły.

W takich warunkach łatwo o melancholijne rozważania o przemijaniu, zwłaszcza kiedy za oknem znajome bratki, a tam przy stole rozjebałaś sobie łuk brwiowy i sąsiad, w drodze do szkoły, pytał czy to specjalnie. Rzucam spojrzeniem wypełnionym myślą wszędzie, gdzie się da, a ono sobie wraca i wbija się w głowę jak ten kawałek przeklętego zwierciadła, które w innym życiu Gerda próbowała wyciągnąć ze stalowego Kaya.

Niezmiennie zaskakuje mnie to, że z czegoś tak powszechnego jak śmierć potrafię ugotować sobie coś szlachetnego. Ale skoro nawet duszący zapach starego budynku, w odpowiednich okolicznościach, staje się dla mnie metafizycznym przeżyciem, to chyba i z bawełny uszyję sobie jedwabne kimono.

Kowal i jego kowadło

No tak to, myślę, właśnie jest. Z tym życiem czy coś. Albo po prostu bywam królową dramatu. No trudno, podobno każdy jest inny, acz już raczej nie wierzę, by każdy był kowalem swego losu. Na pewno nie na tyle, na ile byśmy chcieli. Różne starty widuję. I różne mety. W końcu i kowalowi ktoś musiał wykuć kowadło.

Szpital

Tu się ludzie biją z życiem. Czasem, bo chcą, a czasem, bo muszą.

Muszą, bo mąż, żona, córka, syn, mama, tata, siostra, brat, wszyscy na twarzach w pełnym mejkapie z nadziei i oczekiwań. Sami się wymalowali, trochę niechlujnie, ale to nic, bo podkład przecież z dobrych intencji.

Chcą, bo lody kawowe tam drogą w dół, wiesz gdzie; bo brawa na mecie półmaratonu; bo kluski śląskie, co to mu kiedyś siadły na żołądku i rzygał pół nocy, a teraz to by zjadł bez sosu; bo zimna woda na zmęczonych stopach po spacerze uliczkami Rzymu, na razie tylko w głowie, dlatego trzeba ciągle, dalej, bardziej.

Pytałam; Rzym twierdzi, że poczeka, ale czy ona zdąży – tego Rzym nie wie.

Piętnaście minut

Kawa, wdech nosem, wydech ustami, 7:35; piętnaście minut do wyjścia, a jednak kubek trzymam pewnie i nie szukam wzrokiem płaszcza. Zdążę jeszcze chwycić pióro i przepuścić przez maszynę potok dziecięcych słów. Ucieszę się ze szklistych soczewek przy chłodnej szybie na stertą książek i zmrużę oczy mocniej niż powinnam. Nadam dniu właściwy ton, bo nie mam nic więcej i chyba o tym wiem (już/jeszcze).


Piętnaście minut; dekadę temu nie zdążyłabym nawet nakremować dłoni, już biegłabym pod górę, po bruku, obok kapliczki i latarni ze zbitym kloszem.

Nadal gonię życie i ciągle mi mało. Ale też doceniam, że jest. I że ja jestem.

#mama

Gdzieś pomiędzy jajecznicą, książkami i lego, w przejściu z poranka w południe, wycinek serialowego podkładu (prze)życia zatrzymał mnie na moment przed telewizorem w aranżacji ramiona wzdłuż ciała, stopy na szerokość ramion.

Spoglądałam na dziewczynę, która za pomocą magicznego klucza zwiedzała tę część swojej głowy, gdzie przechowywała wspomnienia po zmarłym ojcu. Wzięła kostkę z wideo z przeszłości w dłonie i zobaczyła, że na jej wczesnych urodzinach w oceanarium towarzyszył jej nie tylko tata – jak do tej pory sądziła – ale również, trochę z boku, trochę jakby mimochodem, trochę bez szumu, mama, na którą o poranku jeszcze tego samego dnia, wylała całą złość swojego niewielkiego świata.

Pomyślałam sobie wtedy, że ze mną chyba też tak jest i że przyjmuję tę rolę z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jestem ciągle tu i teraz jako kompas, przewodnik, wodzirej na imprezie życia i to takiej kiedy już nie wiesz po co i dlaczego, bo to czwarta nad ranem, więc weź mnie za rękę. Jestem ścianą pod dekoracje, płótnem pod obraz, pięciolinią pod kompozycję. Od poniedziałku do niedzieli ciężko o nieustanne fajerwerki; ze mną są obiady, spacery, mycie zębów, a nie noc sylwestrowa, po której budzisz się pod koniec karnawału. Ale to dobrze, moim córkom tego właśnie ze mnie trzeba; od tła jestem ja.

I tak stąpając brzegiem krawężnika tych połamanych rozmyślań, spotkałam nagle moją mamę. Ona też zawsze wiedziała, że być może zaaferowany montażysta wytnie ją z tego filmu, ale wie też, przeglądając się w moich decyzjach, dzieciach czy zwykłej filiżance z niezbyt częstą kawą, że tam była i to jej wystarcza.
To prawda, że macierzyństwo przyspiesza poznanie. A już na pewno tej perspektywy, która do tej pory wydawała się spoza świata 3D.
Dzięki, Mamuś.