Archiwum kategorii: dawkuję

Krawcowa

No więc jestem taką trochę krawcową. To znaczy realne przyszycie guzika jest dla mnie wyzwaniem z wachlarza operacji Navy Seals, do tego stopnia, że po wykonanym zadaniu dzwonię do Babci oznajmiając jej powyższe tonem g³ o częstotliwości 1568 Hz; czyli, że się jaram.

Natomiast mentalnie to ja sobie przyszywam gamę pomyślnych znaczeń do każdej butelki rozbitej, kolana potłuczonego, pokątnego uśmiechu, mokrej poduszki, zaciśniętej pięści, no kurwa do wszystkiego, przysięgam. Dla mnie nawet ptasie gówno na świeżym fryzie, przed weselem siostry mej rodzonej, mogłoby okazać się okazją do wniosków z kategorii spokolokokokodżambo.

Ale ciiicho, bo mnie jeszcze, niedajboże, ktoś oskarży o optymizm.

Ta typiara tak ma

Bywa, że wchodzę w miejsca z tegocobyło, chociaż w kalendarzu nadal bieżące sprawy, zapłać podatki i kup pomidory. Przeszłość zwykle cuchnie stęchlizną i grzybem, a na ścianach ma ciemne plamy wątrobowe, nawet jeśli, gdzieś, u kogoś, jakimś cudem, framugi drzwi odmierzały głównie szczęśliwe dzieciństwo i raczej próżno szukać tam potłuczonych talerzy. Po prostu tak jest; wszystko się zmienia, starzeje, płowieje i znika. Ten rodzaj smrodu jest wręcz podniosły.

W takich warunkach łatwo o melancholijne rozważania o przemijaniu, zwłaszcza kiedy za oknem znajome bratki, a tam przy stole rozjebałaś sobie łuk brwiowy i sąsiad, w drodze do szkoły, pytał czy to specjalnie. Rzucam spojrzeniem wypełnionym myślą wszędzie, gdzie się da, a ono sobie wraca i wbija się w głowę jak ten kawałek przeklętego zwierciadła, które w innym życiu Gerda próbowała wyciągnąć ze stalowego Kaya.

Niezmiennie zaskakuje mnie to, że z czegoś tak powszechnego jak śmierć potrafię ugotować sobie coś szlachetnego. Ale skoro nawet duszący zapach starego budynku, w odpowiednich okolicznościach, staje się dla mnie metafizycznym przeżyciem, to chyba i z bawełny uszyję sobie jedwabne kimono.

Kowal i jego kowadło

No tak to, myślę, właśnie jest. Z tym życiem czy coś. Albo po prostu bywam królową dramatu. No trudno, podobno każdy jest inny, acz już raczej nie wierzę, by każdy był kowalem swego losu. Na pewno nie na tyle, na ile byśmy chcieli. Różne starty widuję. I różne mety. W końcu i kowalowi ktoś musiał wykuć kowadło.

Szpital

Tu się ludzie biją z życiem. Czasem, bo chcą, a czasem, bo muszą.

Muszą, bo mąż, żona, córka, syn, mama, tata, siostra, brat, wszyscy na twarzach w pełnym mejkapie z nadziei i oczekiwań. Sami się wymalowali, trochę niechlujnie, ale to nic, bo podkład przecież z dobrych intencji.

Chcą, bo lody kawowe tam drogą w dół, wiesz gdzie; bo brawa na mecie półmaratonu; bo kluski śląskie, co to mu kiedyś siadły na żołądku i rzygał pół nocy, a teraz to by zjadł bez sosu; bo zimna woda na zmęczonych stopach po spacerze uliczkami Rzymu, na razie tylko w głowie, dlatego trzeba ciągle, dalej, bardziej.

Pytałam; Rzym twierdzi, że poczeka, ale czy ona zdąży – tego Rzym nie wie.

Piętnaście minut

Kawa, wdech nosem, wydech ustami, 7:35; piętnaście minut do wyjścia, a jednak kubek trzymam pewnie i nie szukam wzrokiem płaszcza. Zdążę jeszcze chwycić pióro i przepuścić przez maszynę potok dziecięcych słów. Ucieszę się ze szklistych soczewek przy chłodnej szybie na stertą książek i zmrużę oczy mocniej niż powinnam. Nadam dniu właściwy ton, bo nie mam nic więcej i chyba o tym wiem (już/jeszcze).


Piętnaście minut; dekadę temu nie zdążyłabym nawet nakremować dłoni, już biegłabym pod górę, po bruku, obok kapliczki i latarni ze zbitym kloszem.

Nadal gonię życie i ciągle mi mało. Ale też doceniam, że jest. I że ja jestem.

#mama

Gdzieś pomiędzy jajecznicą, książkami i lego, w przejściu z poranka w południe, wycinek serialowego podkładu (prze)życia zatrzymał mnie na moment przed telewizorem w aranżacji ramiona wzdłuż ciała, stopy na szerokość ramion.

Spoglądałam na dziewczynę, która za pomocą magicznego klucza zwiedzała tę część swojej głowy, gdzie przechowywała wspomnienia po zmarłym ojcu. Wzięła kostkę z wideo z przeszłości w dłonie i zobaczyła, że na jej wczesnych urodzinach w oceanarium towarzyszył jej nie tylko tata – jak do tej pory sądziła – ale również, trochę z boku, trochę jakby mimochodem, trochę bez szumu, mama, na którą o poranku jeszcze tego samego dnia, wylała całą złość swojego niewielkiego świata.

Pomyślałam sobie wtedy, że ze mną chyba też tak jest i że przyjmuję tę rolę z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jestem ciągle tu i teraz jako kompas, przewodnik, wodzirej na imprezie życia i to takiej kiedy już nie wiesz po co i dlaczego, bo to czwarta nad ranem, więc weź mnie za rękę. Jestem ścianą pod dekoracje, płótnem pod obraz, pięciolinią pod kompozycję. Od poniedziałku do niedzieli ciężko o nieustanne fajerwerki; ze mną są obiady, spacery, mycie zębów, a nie noc sylwestrowa, po której budzisz się pod koniec karnawału. Ale to dobrze, moim córkom tego właśnie ze mnie trzeba; od tła jestem ja.

I tak stąpając brzegiem krawężnika tych połamanych rozmyślań, spotkałam nagle moją mamę. Ona też zawsze wiedziała, że być może zaaferowany montażysta wytnie ją z tego filmu, ale wie też, przeglądając się w moich decyzjach, dzieciach czy zwykłej filiżance z niezbyt częstą kawą, że tam była i to jej wystarcza.
To prawda, że macierzyństwo przyspiesza poznanie. A już na pewno tej perspektywy, która do tej pory wydawała się spoza świata 3D.
Dzięki, Mamuś.

Dorosłość. Nie mylić z dojrzałością

Nawet nie pamiętam jak to jest solidnie wypłukać sobie kanaliki łzowe. Przetkać je tym całym smutkiem, żalem, rozgoryczeniem, rozczarowaniem, ale może też zachwytem i radością. No nie umiem. Trzymam i rozgryzam po tysiąckroć. Wczuwam się od nowa jak w cudzą, fałszywą opowiastkę o złocie na końcu wyblakłej tęczy.

Z wiekiem przybywa wszystkiego; zmarszczek, kilogramów, trosk, pieniędzy, powodów i wymówek, ale jakoś najprostszych rzeczy się zapomina. I tak się to wszystko zbiera między zwojami, tapla w nurcie tętnic, bardzo blisko serca; a ja jak ta głupia jeszcze tamę buduję, opieram sobie o rogówkę i udaję, że jej nie ma.
Pewnie dlatego dorosłym często odpierdala i widzą coraz mniej prawdy i piękna wołającego ich świata. Zasłaniają sobie pejzaż niewypłakanymi łzami. Nie potrafią, jak dzieci, wziąć, ale i kurczęblade, oddać.

A tak się zarzekałam, że mi z dorosłością nie po drodze. I chujatam, łapie za rzęsy w najmniej spodziewanym momencie.

Luty dwazero dwazero

Luty. Chyba wytrzymam jeszcze trochę. Niedługo otulę się już tylko jedną warstwą; odzieży również. Rzucę ciche „witaj”, a ono nie odbije się od ciemnego, stężonego powietrza, nie wróci jak bolesne echo niedoczekania. Będzie przestrzeń i czysty, wartki nurt słóworazzdarzeń, a to co wypuszczę poleci tam, gdzie powinno – z dala, kurwa, ode mnie.

Do Ciebie.

Złe losy

Albo może być też tak, że każdy dzień to jakby od nowa, ale trochę na niby. Że okropnie trzęsą się, ubrane w rękawiczki, dłonie i dlatego ze szklanej kuli zamiast „prawdziwe” wyciągam „nieswoje”. Obracam kuponik między palcami i wydarza się ciasny bar mleczny, gdzie zamiast naleśnikami i skórką od pomarańczy, pachnie wilczą jagodą i mokrą glebą.

Wciągam brzuch, prostuję plecy, a na ramiona i głowę ładuję nadmiar brudnych naczyń; ludzie z lisimi uśmiechami dokładają talerzy, a ci z ziemistym wzrokiem rzucają we mnie miskami. Manewruję między stolikami, uważając żeby nie skończyć z głową na betonie i robakami w uszach, bo to jak kolejny level w niskobudżetowym RPG, bez recenzji na jutjubie, więc a nuż za drzwiami kryje się lawendowy ogród o uspokajającej woni. Nigdy nie wiem.

Popycha mnie nadzieja.
Pewnie jestem głupia.

Trudno.

Wszyscy jesteśmy Syzyfami

Einstein zmarł nie dowiedziawszy się dlaczego fotony podczas padania na szkło zachowują się w ten dziwny, bazowo niedeterministyczny sposób mimo tego, że są identyczne (tj. połowa się odbija, a połowa przechodzi przez szkło). Wierzył, że muszą się czymś różnić, bo to jest przecież, kurwamaćbożenko, niemożliwe!
Spoiler alert: mechanika kwantowa mówi, że ni chuja, nie ma wuja, tak jest i juuu, nie kombinuj.

Ale poczujcie tę ironię losu; jeden z największych nerdów wszechrzeczy odwalił kitę nie zdobywszy swojej osobistej Annapurny. Jednak każdy z nas jest jebanym Syzyfem i dla każdego, ostatecznie, życie będzie za krótkie.