Archiwum kategorii: dawkuję

Wszyscy jesteśmy Syzyfami

Einstein zmarł nie dowiedziawszy się dlaczego fotony podczas padania na szkło zachowują się w ten dziwny, bazowo niedeterministyczny sposób mimo tego, że są identyczne (tj. połowa się odbija, a połowa przechodzi przez szkło). Wierzył, że muszą się czymś różnić, bo to jest przecież, kurwamaćbożenko, niemożliwe!
Spoiler alert: mechanika kwantowa mówi, że ni chuja, nie ma wuja, tak jest i juuu, nie kombinuj.

Ale poczujcie tę ironię losu; jeden z największych nerdów wszechrzeczy odwalił kitę nie zdobywszy swojej osobistej Annapurny. Jednak każdy z nas jest jebanym Syzyfem i dla każdego, ostatecznie, życie będzie za krótkie.

TAM

Bardzo chciałabym być już tam, gdzie sama sobie nie przeszkadzam; w miejscu, gdzie samotność, ta naturalna, ta każdego i nikogo, równa się spokój i poznanie.

Bardzo chciałabym w każdej sekundzie pamiętać o tym, że nie jestem krzemieniem, tylko iskrą, i przecież mogę płonąć sama. Bardzo chciałabym móc już błąkać się właśnie tam.

Chyba właśnie dlatego miłość do dzieci przyszła do mnie bez terminów, bez początku i bez końca – bo one to (jeszcze?) mają. I pomyśleć, że najpewniej ja też to miałam. Niebywałe.
Biorą mnie na krechę, na gębę, na pewniaka. To jest mama; mama jest taka i basta, a jeśli powie, że w środku grudniowej nocy pływamy w jeziorze, to zapytamy tylko jakie ręczniki zapakować.

Być może tutaj, naj(nie)zwyczajniej rozchodzi się o niewinność i głębokie zaufanie, co w swej istocie jest piękne…
Jednak czasem po cichu, na przekór instynktom myślę, że oby nie, bo to by znaczyło, że nie ufam nawet sobie.

Dystraktor

Ze wszystkich umiejętności społecznych (?), jakie bozia mi dała, a jakie, siłą rzeczy, rozwinęłam odkąd jestem matką, za najbardziej szlachetną uważam tę, która odpowiada za zmianę kierunku przepływu myśli; trochę jakby odwracanie uwagi, ale bardziej.

Bliżej mi do ludzi, bo już wiem, dzięki lekcji jakiej codziennie udziela mi macierzyństwo, że nie chodzi o zapominanie, a o to by to, co kłuje odpowiednio oszlifować i z równą czułością, z jaką traktuje się przyjemne wspomnienia, ułożyć na brzegu pamięci.

Wydaje mi się, że w przypadku najmroczniejszych strachów, wszyscy startujemy z tego samego pasa, a ja coraz lepiej czuję się w roli dystraktora, tła, laleczki z saskiej porcelany, która pogłaska pomiętą duszyczkę i przypomni, że to dobrze, że życie nie jest gładką, prostą autostradą ani nawet, choćby stromymi, schodami.

To więcej.

Słońca brak STOP pomocy STOP

Jak co roku, kilkaset razy (dziennie?), kiedy słońce spierdoli gdzieś na południe, ja jestem w takim punkcie wkurwu egzystencjalnego, że jeżeli zaraz nie przyjdzie wiosna, a wraz z nią długi dzień, to najpewniej dostanę pierdolca i jeszcze, niedejpanie, zacznę pisać chujowe wiersze o tęsknocie.
Kocham poezję; ale raczej czytać.

W każdym razie, codziennie chodzę z pytaniami z pogranicza jakiejś kurwa filozofii, wpisanymi w moje skronie. Niestety pytania te nie doprowadzają mnie do żadnych odpowiedzi, wręcz przeciwnie: tworzę sobie jakieś indagacyjno-myślowe perpetuum mobile, po czym najpierw popadam w zadumę, potem w melancholię, następnie w smutek, by na końcu wkurwić się niemożebnie.

Wiadomo, wszystko co robimy, czynimy po to żeby nadać życiu sens. Ale dla mnie, przynajmniej obecnie, nie jest to wystarczającą motywacją.
W skrócie: patrzę na panele i myślę „na chuj te panele”; widzę ludzi na stłoczonych parkingach albo w tych mocno skondensowanych konfiguracjach czoło-ramię-piszczel-okno, które w Bombaju czy innej Kalkucie uchodziłyby za zwyczajną kolejkę, i zastanawiam się „po co to wszystko”; stoję na mrozie, wdycham PM10 i PM2.5, patrzę jak wszyscy spieszą się by odebrać zamówioną kurierem nerwicę i myślę „dlaczego, kurwa, dlaczego”!

#tata

Jakie to dziwne i fascynujące, że patrzę na zdjęcie śpiącego chłopca i już wiem, że kiedyś to on będzie patrzył na mnie i moje rodzeństwo; zabierze nas na wycieczkę rowerową, siostra wpakuje nogę między szprychy i będzie musiał nieść ją na rękach, a rower rzucić na trawę przy torach; pójdziemy na spacer i zerwie się taka burza, że schowa nas w kościelnej zakrystii; wsadzi do pożyczonego samochodu i zawiezie daleko mówiąc, że przecież wszystkie drogi prowadzą do domu, ale auto zepsuje się gdzieś pośrodku nieznanego i będzie musiał prosić o pożyczenie telefonu pewną panią z najbliższego domu; będzie budził codziennie rano lekkim muśnięciem dłoni o policzek, żeby zawieźć mnie do szkoły żółtym maluchem; pokaże, że tak naprawdę wystarczy, że umiesz w przytulanie; będzie podwoził mnie pod dom chłopaka, który później zostanie moim mężem; rozpłacze się na moim ślubie i pod ołtarzem będzie trzymał mnie za rękę trochę zbyt mocno; wzruszy się, gdy zobaczy mnie w szpitalu z dzieckiem przy piersi.

Patrzę na chłopca zamkniętego w starej fotografii. Chłopca, który dopiero ma to wszystko mieć. A ja już co nieco wiem, bo trochę już tam jestem, gdzieś między okiem, a powieką.
Patrzę i chcę mu tylko szepnąć do zaspanej główki, że to co wybrał było dobre.
Ta droga była dobra,
bo stał się on.

Trzecia nad ranem

Mierzę się z głośnym pociągiem przecinającym mi michę na pół, choć tak naprawdę leżę na łóżku. Martwy hałas, żywe krzyki, cement w żołądku i wilgotno pod łopatkami.

Dziwne uczucie, ta trzecia nad ranem.

Mgła

Mgła; już nie woda, jeszcze nie powietrze (jeszcze nie woda, już nie powietrze?). Gdzieś pomiędzy.
Albo może właśnie tylko kiedy woda z powietrzem, tak razem i koniec, kropka.

Z daleka nie widać co w środku, za to już w niej wiadome jest tylko to, co najbliżej. Wydaje się jakby falowała we mnie – jak wtedy, gdy stoję na moście, spoglądam na płynącą rzekę i mam wrażenie, że na chwilę życie zrobiło ze mnie marynarza, bo że kapitana, to wiadomo – poruszam się bez ruchu.

Lubię mgłę. Sfery spadają mi na ramiona, lekko osiadają na wysokości myśli i chociaż przez ułamek ogniwa mogę być jednym palcem w niebie.

Donikąd

Widzę donikąd.
Na przykład za i ponad torami, po których codziennie jeżdżą pociągi i cieszą każde dziecko z grupy jeden do dziewięć.
Te wszystkie dzieci jako pierwsze liczby naturalne, kompletnie dodatnie.
A ja sobie idę obok i patrzę, bo lubię patrzeć.
I widzieć.

Jesteśbogiem, uświadomtosobie

Właściwym jest dążenie do świętości/doskonałości(?), chociaż mocno wierzę, że mamy na to nie jedno, ani nawet nie dziewięć żyć. W dzień Wszystkich Świętych, kiedy świętość jeszcze mocniej stawiamy na piedestale duchowych idei, zastanawiam się tylko nad tym jak ją rozumiem i jak chcę by rozumiały ją moje dzieci.

Wpatrujemy się, choćby mimochodem, w ikony i witraże z ludźmi, którzy według nas zasługują na więcej niż my, bo osiągnęli kolejny poziom wtajemniczenia. I to jest dla mnie niesamowicie… smutne, nienaturalne i nieinstynktowne – ta ślepa wiara, że święty nigdy nie rzucił „kurwą”, srał tylko fiołkami, a pani w mięsnym zawsze mówił „dzień dobry”. Nie chcę żeby moje córki myślały, że popełnianie błędów, nawet tych (naj)większego kalibru, wyklucza je ze świętości (definicję dopisz sobie sam).

Chcę żeby pamiętały, że święci nie byli płascy jak na obrazie; to byli wielowymiarowi ludzie, którzy wybrali ŻYCIE; ponad wyuczone zachowania, ponad reguły, ponad kwadrat, ponad wygodę, czasem ponad moralność, czasem również ponad innych ludzi, nawet najbliższych i ponad tego siebie, którego dobrze znali.
Żeby tylko wiedziały, że to nie zamknięty krąg dla wybrańców i że to wszystko jest do zrobienia dla siebie i w sobie.

Słowo bez i z

Weź kartkę i napisz na niej dowolne słowo. Przyglądaj się mu kilkanaście minut, bo litery istnieją poza czasem i bywa, że minuta z nimi to wieczność, a rok to chwila.
Analizuj gramatykę, strukturę, fakturę. Miel, obcinaj, rozdzielaj i łącz. Powtarzaj je w kółko, aż wypadnie wściekle na podłogę przez zgrzytające zęby i ściśnięte gardło.

Bo choć obiektywnie wszystko wygląda poprawnie, zobaczysz, że słowo z Twojej kartki straci sens.

Wtedy wróć.

Bo to ja jestem tym słowem.
Słowem bez sensu.

Słowem każdego.

(;