Bliskie spotkanie ze Śmiercią

Towarzyszyłam kiedyś Śmierci w pracy. Zobaczyła mnie i oddała mi kilka godzin ze swojej walizki; przecież chowa tam całą wieczność – cóż jej zależy!
Pozwoliła mi go podnieść i zmienić mu koszulę. Robiłam to wcześniej tysiące razy, więc jak zwykle napięłam mięśnie; okazało się jednak, że podniosłam pióra zlepione w ludzki, znajomy kształt.

Gdy parę dni później, w styczniowe popołudnie, patrząc na białe rękawiczki i grube liny, stałam na cmentarzu, trzęsąc się jakby Ona sama drapała mnie po karku skostniałą dłonią wywołując nieprzyjemne dreszcze, myślałam tylko o tym, że zrobił się taki lekki. Zupełnie nie mogłam wyrzucić tego z głowy. Jakbym wtedy uniosła małe dziecko, potrzebujące ukojenia w silniejszych od jego, ramionach.

Zastanawiałam się jeszcze nad tym znacząc na śniegu ślady do domu. I dotarło do mnie, że pewnie tyle waży ciało już bez ziemskich problemów.

Komentarze

komentarzy