Bliskie spotkanie

Zdarzyło mi się kiedyś towarzyszyć Śmierci przy pracy. Myślę, że po prostu przeszkodziłam w procesie, niechcący stanęłam w przestrzeni między ustami, a brzegiem pucharu. Gdy się dzieje, to nie wiesz, że się dzieje; ale kiedy podchodzisz na palcach, wstrzymując oddech, spoconymi dłońmi ugładzając nerwowo brzegi ubrania – okazuje się, że nawet Ostateczność potrafi z szacunku pochylić głowę nad Skończonością. Byłam nieświadoma i ostrożna, więc chyba z litości (jakże ludzkiej przecież) pozwoliła mi go jeszcze podnieść i zmienić mu koszulę.

Robiłam to wcześniej tysiące razy, więc przygotowana na opór czyjegoś ciała, napięłam się cała jak jedna z tych metalowych strun, co rani opuszki palców. Nie uniosłam go jednak; nie w ten sam sposób. Objęłam pióra zlepione w znajomy, ludzki kształt.

Kilka dni później, w zimowe popołudnie, stałam na cmenatrzu patrząc na białe rękawiczki i grube liny. Trzęsłam się jakby Ona sama drapała mnie po karku skostniałą dłonią, przypominając o przysłudze i wywołując nieprzyjemne dreszcze. Nie pamiętam kto mówił, co mówił, jak mówił. Myślałam tylko o tym dlaczego wtedy, tak nagle, stał się taki lekki. Nie mogłam wyrzucić tego z głowy – jakbym wtedy schyliła się po niemowlę potrzebujące ukojenia w silniejszych i pewniejszych, od niego całego, ramionach.

Zastanawiałam się jeszcze nad tym w drodze do domu, znacząc niedbałe ślady na śniegu. I dotarło do mnie, że pewnie właśnie tyle waży ciało – już bez ziemskiej grawitacji czarnej dziury bezsensu i beznadziei, gdzieś spod wąskiego łóżka.

Komentarze

komentarzy