Basen

Gdy poziom malarii w moim luksusowym basenie o długości marcinaprokopa i o kształtach bijonss, przekroczył roczne dopuszczalne normy nawet w nowosądeckiej rzece – kryptonim Kamienica, od której podobno na twarzach rosną kalafiory oraz
gdy woda zaczęła samoistnie zamieniać się w wino, uznałam, że tak, to ten moment, by wyczyścić zbiornik zanim do drzwi zapuka mops i sanepid.

Zabrałam się raczej metodycznie, bowiem wypuszczenie mułu to chyba najlepszy pierwszy krok w tym tańcu. Było grubo, nie przeczę; uważam, że Cif wymyślono dla mnie na tę właśnie okazję. Nie zliczę ile razy basen z detegrentem spierdolił mi się na ryło, ale nieważne, wojna wymaga ofiar.

Spod pustego basenu wyciągnęłam koc, który wcześniej podłożył tam mój mąż, a który capił jak stado mokrych psów (koc, nie Damian). Woda, którą zassał (koc, nie Damian) sprawiła, że ważył prawdopodobnie ze cztery gośki i wór ziemniaków z lidla; ja pierdolę, jakie to było ciężkie! Włożyłam go do sześćdziesięciolitrowego jananiezbędnego, a wraz z nim cywilizację, która się tam wykluła, zatem jestę bogię, uświadom to sobie, sobie – zrobiłam im koniec świata w dziesięć minut.

Początkowo plan był taki, że wypierdolę wór z kocem przez barierkę tarasu i stamtąd dotargam go na śmietnik, ale w głowie sinus, cosinus, tanges, tenteges i wyszło mi, że mogę tym wyjebać dziurę w brukowej, ewentualnie kogoś zabić, a chujowo tak zginąć od koca („jak zginęła twoja żona? …od koca”; błagam…). Podźwignęłam zatem wór wstydu przez klatkę schodową; niestety, szybko okazało się, że gdzieś na wysokości trójki wyjebało mi barki ze stawów, musiałam więc ciągnąć go jak zwłoki, zostawiając za sobą ciemny, mokry ślad.

Wróciwszy do domu, wypluwając płuca palcami, zabrałam się za dopompowywanie basenu oraz koła w kształcie nadgryzionego donuta. Niezbyt to było mądre w mojej strony, obecnie mam chyba jakąś gangrenę policzków, a oskrzela spłukałam rynną, sprzątając po syzyfowym procesie.

Na koniec, dumna, acz zmęczona jak przeciętna Paryżanka, poczęłam napełniać basen świeżuchną wodą, gdy wtem, raptem, ni stąd, ni kurwamać zowąd, zaczął padać deszcz.

Kiedy piętnaście minut później, przemoknąwszy aż do jelit, wyharatałam folię, by przykryć dzieło życia…
wyszło słońce. Przysięgam, że bezczelny buc śmiał mi się w twarz.

To właśnie ja. Kwintesencja mnie.

Komentarze

komentarzy