Archiwum autora: migalnia

Piętnaście minut

Kawa, wdech nosem, wydech ustami, 7:35; piętnaście minut do wyjścia, a jednak kubek trzymam pewnie i nie szukam wzrokiem płaszcza. Zdążę jeszcze chwycić pióro i przepuścić przez maszynę potok dziecięcych słów. Ucieszę się ze szklistych soczewek przy chłodnej szybie na stertą książek i zmrużę oczy mocniej niż powinnam. Nadam dniu właściwy ton, bo nie mam nic więcej i chyba o tym wiem (już/jeszcze).


Piętnaście minut; dekadę temu nie zdążyłabym nawet nakremować dłoni, już biegłabym pod górę, po bruku, obok kapliczki i latarni ze zbitym kloszem.

Nadal gonię życie i ciągle mi mało. Ale też doceniam, że jest. I że ja jestem.

#mama

Gdzieś pomiędzy jajecznicą, książkami i lego, w przejściu z poranka w południe, wycinek serialowego podkładu (prze)życia zatrzymał mnie na moment przed telewizorem w aranżacji ramiona wzdłuż ciała, stopy na szerokość ramion.

Spoglądałam na dziewczynę, która za pomocą magicznego klucza zwiedzała tę część swojej głowy, gdzie przechowywała wspomnienia po zmarłym ojcu. Wzięła kostkę z wideo z przeszłości w dłonie i zobaczyła, że na jej wczesnych urodzinach w oceanarium towarzyszył jej nie tylko tata – jak do tej pory sądziła – ale również, trochę z boku, trochę jakby mimochodem, trochę bez szumu, mama, na którą o poranku jeszcze tego samego dnia, wylała całą złość swojego niewielkiego świata.

Pomyślałam sobie wtedy, że ze mną chyba też tak jest i że przyjmuję tę rolę z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jestem ciągle tu i teraz jako kompas, przewodnik, wodzirej na imprezie życia i to takiej kiedy już nie wiesz po co i dlaczego, bo to czwarta nad ranem, więc weź mnie za rękę. Jestem ścianą pod dekoracje, płótnem pod obraz, pięciolinią pod kompozycję. Od poniedziałku do niedzieli ciężko o nieustanne fajerwerki; ze mną są obiady, spacery, mycie zębów, a nie noc sylwestrowa, po której budzisz się pod koniec karnawału. Ale to dobrze, moim córkom tego właśnie ze mnie trzeba; od tła jestem ja.

I tak stąpając brzegiem krawężnika tych połamanych rozmyślań, spotkałam nagle moją mamę. Ona też zawsze wiedziała, że być może zaaferowany montażysta wytnie ją z tego filmu, ale wie też, przeglądając się w moich decyzjach, dzieciach czy zwykłej filiżance z niezbyt częstą kawą, że tam była i to jej wystarcza.
To prawda, że macierzyństwo przyspiesza poznanie. A już na pewno tej perspektywy, która do tej pory wydawała się spoza świata 3D.
Dzięki, Mamuś.

Dorosłość. Nie mylić z dojrzałością

Nawet nie pamiętam jak to jest solidnie wypłukać sobie kanaliki łzowe. Przetkać je tym całym smutkiem, żalem, rozgoryczeniem, rozczarowaniem, ale może też zachwytem i radością. No nie umiem. Trzymam i rozgryzam po tysiąckroć. Wczuwam się od nowa jak w cudzą, fałszywą opowiastkę o złocie na końcu wyblakłej tęczy.

Z wiekiem przybywa wszystkiego; zmarszczek, trosk, pieniędzy, powodów i wymówek, ale jakoś najprostszych rzeczy się zapomina. I tak się to wszystko zbiera między zwojami, tapla w nurcie tętnic, bardzo blisko serca; a ja jak ta głupia jeszcze tamę buduję, opieram sobie o rogówkę i udaję, że jej nie ma.
Pewnie dlatego dorosłym często odpierdala i widzą coraz mniej prawdy i piękna wołającego ich świata. Zasłaniają sobie pejzaż niewypłakanymi łzami. Nie potrafią, jak dzieci, wziąć, ale i kurczęblade, oddać.

A tak się zarzekałam, że mi z dorosłością nie po drodze. I chujatam, łapie za rzęsy w najmniej spodziewanym momencie.

Luty dwazero dwazero

Luty. Chyba wytrzymam jeszcze trochę. Niedługo otulę się już tylko jedną warstwą; odzieży również. Rzucę ciche „witaj”, a ono nie odbije się od ciemnego, stężonego powietrza, nie wróci jak bolesne echo niedoczekania. Będzie przestrzeń i czysty, wartki nurt słóworazzdarzeń, a to co wypuszczę poleci tam, gdzie powinno – z dala, kurwa, ode mnie.

Do Ciebie.

Złe losy

Albo może być też tak, że każdy dzień to jakby od nowa, ale trochę na niby. Że okropnie trzęsą się, ubrane w rękawiczki, dłonie i dlatego ze szklanej kuli zamiast „prawdziwe” wyciągam „nieswoje”. Obracam kuponik między palcami i wydarza się ciasny bar mleczny, gdzie zamiast naleśnikami i skórką od pomarańczy, pachnie wilczą jagodą i mokrą glebą.

Wciągam brzuch, prostuję plecy, a na ramiona i głowę ładuję nadmiar brudnych naczyń; ludzie z lisimi uśmiechami dokładają talerzy, a ci z ziemistym wzrokiem rzucają we mnie miskami. Manewruję między stolikami, uważając żeby nie skończyć z głową na betonie i robakami w uszach, bo to jak kolejny level w niskobudżetowym RPG, bez recenzji na jutjubie, więc a nuż za drzwiami kryje się lawendowy ogród o uspokajającej woni. Nigdy nie wiem.

Popycha mnie nadzieja.
Pewnie jestem głupia.

Trudno.

Wszyscy jesteśmy Syzyfami

Einstein zmarł nie dowiedziawszy się dlaczego fotony podczas padania na szkło zachowują się w ten dziwny, bazowo niedeterministyczny sposób mimo tego, że są identyczne (tj. połowa się odbija, a połowa przechodzi przez szkło). Wierzył, że muszą się czymś różnić, bo to jest przecież, kurwamaćbożenko, niemożliwe!
Spoiler alert: mechanika kwantowa mówi, że ni chuja, nie ma wuja, tak jest i juuu, nie kombinuj.

Ale poczujcie tę ironię losu; jeden z największych nerdów wszechrzeczy odwalił kitę nie zdobywszy swojej osobistej Annapurny. Jednak każdy z nas jest jebanym Syzyfem i dla każdego, ostatecznie, życie będzie za krótkie.

TAM

Bardzo chciałabym być już tam, gdzie sama sobie nie przeszkadzam; w miejscu, gdzie samotność, ta naturalna, ta każdego i nikogo, równa się spokój i poznanie.

Bardzo chciałabym w każdej sekundzie pamiętać o tym, że nie jestem krzemieniem, tylko iskrą, i przecież mogę płonąć sama. Bardzo chciałabym móc już błąkać się właśnie tam.

Chyba właśnie dlatego miłość do dzieci przyszła do mnie bez terminów, bez początku i bez końca – bo one to (jeszcze?) mają. I pomyśleć, że najpewniej ja też to miałam. Niebywałe.
Biorą mnie na krechę, na gębę, na pewniaka. To jest mama; mama jest taka i basta, a jeśli powie, że w środku grudniowej nocy pływamy w jeziorze, to zapytamy tylko jakie ręczniki zapakować.

Być może tutaj, naj(nie)zwyczajniej rozchodzi się o niewinność i głębokie zaufanie, co w swej istocie jest piękne…
Jednak czasem po cichu, na przekór instynktom myślę, że oby nie, bo to by znaczyło, że nie ufam nawet sobie.

Sen I

Leżałam na nierównym asfalcie, a przed oczami, w odległości około dwudziestu centymetrów od mojej twarzy, wisiały dwie nieregularne plamy, na których ciemnym tle iskrzyło się setki albo tysiące srebrno-szarych drobinek. Łatki te po prostu przykleiły mi się do krajobrazu, dokładnie na zmiennej trajektorii mojego wzroku. Pocieranie oczu, intensywne mruganie, łzy bezsilności – wszystko na nic, bezczelnie przysłaniały mi kadr, którego strzępy wyłapywałam pokątnym skupieniem umysłu.

Wokół mnie zbiegało się coraz więcej ludzi próbujących podnieść mnie z ziemi. Bezskutecznie. Kobiecy głos zachęcał mnie do samodzielnego wstania ze środka skrzyżowania, czego pragnęłam z całych sił, ale nie potrafiłam zrobić.

Wezwano policję, która wyrwała mnie z kawałkiem ulicy, a potem taką zimną i obojętną zaniosła na dołek, bowiem nie godzi się zakłócać ruchu drogowego, a już na pewno nie swoim nieruchomym ciałem.

Na komendzie kazano mi wypełnić plik papierów, co też pospiesznie uczyniłam, kompletnie nie wiedząc gdzie, co, jak, dlaczego, kto i za ile. Kiedy weryfikowano moje pisemne zeznania, konfrontując je ze stanem quasi-rzeczywistym, okazało się, że niestety, ale raczej zostanę w więzieniu na zawsze.
– W rubrykę „gatunek” wpisała pani „aligator”… – rzucił mi w mordę policjant.
– Tak, a coś się nie zgadza? – zapytałam, konsekwentnie przyklejona na sztywno do resztek lepiszcza węlowodorowego.
– Owszem. Nasz gatunek to monogatory, pani Małgosiu.

Czyli, że dożywocie za upór i głupie pierdolenie.

Manekin

Około dwunastej w południe nogi poniosły mnie po mieście i gminie celem zbadania lokalnego rynku włókienniczego; najprościej mówiąc shopping. Drepcząc w stronę, która miała mi zapewnić dłuższy spacer, albowiem w domu larum, harmider, rwetes, w towarzystwie „Emilii”, która „chce spać” (pozdro dla kumatych), po stronie niepiśmiennej przyuważyłam manekina okutanego seledynowym pierzem z domu mody Ulica Sezamkowa.

Zatrzymałam się, bo blask zieleni olślepiłby nawet Franka Slade’a, a ja akurat szłam bez przeciwsłonecznych. Stałam tak sobie dłuższą chwilę, gując żumę, gapiąc się jak skończony pojeb i kontemplując rozmiar figury, bo taka dosyć plus size i pomyślałam, że świat pędzi, a ja nie nadążam, gdy manekin poruszył się i sięgnął po coś z parapetu, a tym czymś okazała się być drożdżówka.

Manekin był człowiekiem, samicą, panią i zdecydowanie nie był to sklep z odzieżą tylko, kurwa, piekarnia Tęgoborze na Piotra Skargi w tym smutnym jak wagina mieście.

Dystraktor

Ze wszystkich umiejętności społecznych (?), jakie bozia mi dała, a jakie, siłą rzeczy, rozwinęłam odkąd jestem matką, za najbardziej szlachetną uważam tę, która odpowiada za zmianę kierunku przepływu myśli; trochę jakby odwracanie uwagi, ale bardziej.

Bliżej mi do ludzi, bo już wiem, dzięki lekcji jakiej codziennie udziela mi macierzyństwo, że nie chodzi o zapominanie, a o to by to, co kłuje odpowiednio oszlifować i z równą czułością, z jaką traktuje się przyjemne wspomnienia, ułożyć na brzegu pamięci.

Wydaje mi się, że w przypadku najmroczniejszych strachów, wszyscy startujemy z tego samego pasa, a ja coraz lepiej czuję się w roli dystraktora, tła, laleczki z saskiej porcelany, która pogłaska pomiętą duszyczkę i przypomni, że to dobrze, że życie nie jest gładką, prostą autostradą ani nawet, choćby stromymi, schodami.

To więcej.