Archiwum autora: migalnia

Kto to jest Bóg?

– Aaa, mamuś, kto to jest Bóg?
Córka zapytała mnie zupełnie bezceremonialnie, gdy późnym rankiem spłukiwałam z włosów zapach wczorajszego dnia.
– Nie wiem… – zaczęłam zgodnie z prawdą, ale i najlepiej jak umiałam, patrząc na krople wody uderzające o dno wanny – …ale myślę, że to ta część ciebie i mnie, która sprawia, że chcemy dobrze dla innych i ta, dzięki której czujemy się bezpiecznie.
– Jak z tobą i z tatą?

Lubię ten czas dziecięcych pytań i wątpliwości, mimo tego, że czuję się po nich bardzo mała.
A może właśnie dzięki temu.

Śpiąca Królewna

Wszyscy jesteśmy więźniami subiektywnej interpretacji zdarzeń. Uwikłani w sieć wspomnień, każdą informację przepuszczamy przez sito opinii i poglądów. Próbujemy naginać rzeczywistość do granic absurdu, by wskoczyć na myśl drugiej osoby i wylecieć na jej plecach ku słowom. Chcemy wiedzieć dlaczego tak, a nie inaczej albo jeszcze kompletnie odwrotnie. W usta cywilizacji najchętniej włożylibyśmy knebel zrobiony z osobistych przekonań.

Ale to się nie stanie, nigdy. Nie stworzysz świata na swoją modłę, ba! nawet własne dziecko ciężko jest wbić w mundurek intymnej przeszłości. I dobrze – tak ma być.
Nie zamkniesz ludziom ust, choćby ich zdanie bolało jak nóż wbity między łopatki, gdy Ty akurat snujesz plany na jutrzejsze śniadanie.
Nie masz i nie powinieneś mieć na to wpływu.

Możesz, za to, przygotować siebie, a następnie swoje dzieci na to, że rzeczywistość jest piękna dzięki swej różnorodności i odwiecznym balansie dobra i zła; oraz, że nie stanie się piękniejsza pod naciskiem zdesperowanych umysłów.
Życie czasem ukłuje, ale to po to, by moment ulgi smakował jeszcze przyjemniej.
Doceniamy dobro głównie dlatego, że przez wizjer w drzwiach widzimy jak na schodach przed domem czai się zło i już wiemy na co stać nieprzewidywalny los.
Utopia się nie wydarzy; Twoje decyzje, natomiast, są bardzo, bardzo realne i dzieją się każdego dnia.

Zaopatrz dzieci w tarczę najpiękniejszych wartości i mocną zbroję z pewności, ale nie próbuj dewastować królestwa tylko dlatego, że gdzieś tam, na ciemnym strychu, znajduje się niebezpieczne wrzeciono.
Wszyscy przecież dobrze wiemy, że ostatecznie nawet wszechmocny król z bajki nie uchronił Śpiącej Królewny przed światem.

Basen

Gdy poziom malarii w moim luksusowym basenie o długości marcinaprokopa i o kształtach bijonss, przekroczył roczne dopuszczalne normy nawet w nowosądeckiej rzece – kryptonim Kamienica, od której podobno na twarzach rosną kalafiory oraz
gdy woda zaczęła samoistnie zamieniać się w wino, uznałam, że tak, to ten moment, by wyczyścić zbiornik zanim do drzwi zapuka mops i sanepid.

Zabrałam się raczej metodycznie, bowiem wypuszczenie mułu to chyba najlepszy pierwszy krok w tym tańcu. Było grubo, nie przeczę; uważam, że Cif wymyślono dla mnie na tę właśnie okazję. Nie zliczę ile razy basen z detegrentem spierdolił mi się na ryło, ale nieważne, wojna wymaga ofiar.

Spod pustego basenu wyciągnęłam koc, który wcześniej podłożył tam mój mąż, a który capił jak stado mokrych psów (koc, nie Damian). Woda, którą zassał (koc, nie Damian) sprawiła, że ważył prawdopodobnie ze cztery gośki i wór ziemniaków z lidla; ja pierdolę, jakie to było ciężkie! Włożyłam go do sześćdziesięciolitrowego jananiezbędnego, a wraz z nim cywilizację, która się tam wykluła, zatem jestę bogię, uświadom to sobie, sobie – zrobiłam im koniec świata w dziesięć minut.

Początkowo plan był taki, że wypierdolę wór z kocem przez barierkę tarasu i stamtąd dotargam go na śmietnik, ale w głowie sinus, cosinus, tanges, tenteges i wyszło mi, że mogę tym wyjebać dziurę w brukowej, ewentualnie kogoś zabić, a chujowo tak zginąć od koca („jak zginęła twoja żona? …od koca”; błagam…). Podźwignęłam zatem wór wstydu przez klatkę schodową; niestety, szybko okazało się, że gdzieś na wysokości trójki wyjebało mi barki ze stawów, musiałam więc ciągnąć go jak zwłoki, zostawiając za sobą ciemny, mokry ślad.

Wróciwszy do domu, wypluwając płuca palcami, zabrałam się za dopompowywanie basenu oraz koła w kształcie nadgryzionego donuta. Niezbyt to było mądre w mojej strony, obecnie mam chyba jakąś gangrenę policzków, a oskrzela spłukałam rynną, sprzątając po syzyfowym procesie.

Na koniec, dumna, acz zmęczona jak przeciętna Paryżanka, poczęłam napełniać basen świeżuchną wodą, gdy wtem, raptem, ni stąd, ni kurwamać zowąd, zaczął padać deszcz.

Kiedy piętnaście minut później, przemoknąwszy aż do jelit, wyharatałam folię, by przykryć dzieło życia…
wyszło słońce. Przysięgam, że bezczelny buc śmiał mi się w twarz.

To właśnie ja. Kwintesencja mnie.

Diament

Na życiowym szlaku dosyć często bywa tak, że bagaż rozpierdala się po całej szerokości, a wiatr z północy omiata rzeczywistość tak mocno, że trudno pozbierać się na nowo. To normalne, nie jesteś z tym sam/a, choć już sam/a musisz ruszyć dalej; być może ktoś pomoże Ci pozbierać klamoty, ale w dalszą, wewnętrzną drogę ku lepszemu nie zabierzesz turysty ani jeńca – nie po to dani nam są towarzysze.

Niemal każdego dnia widuję notki sugerujące, że każdy z nas jest diamentem. Do tej pory uważałam to za bzdurę, bo rozumienie autorów tekstów mijało się z moim o lata świetlne. Dzisiaj pomyślałam, że tak: jesteś/m diamentem, ale nie w kluczu rzekomej i wydumanej wyjątkowości.

Diament krystalizuje pod ciśnieniem ponad 70 ton na centymetr kwadratowy i w temperaturze powyżej 1300 stopni Celsjusza; około 200 kilometrów pod ziemią, czyli w ciemnej dupie. Warunki raczej skrajne, nie da się ukryć. Takie, w których każdy z nas znalazł się przynajmniej raz. To, co w Tobie najcenniejsze powstało właśnie dzięki temu, że wstałeś, by tragedię przekuć w doświadczenie, a doświadczenie w nową cechę swej wspaniałej osobowości.

Walka ze słabościami, dodatkowo w ekstremalnych sytuacjach, kreuje w nas najlepsze i najsilniejsze zalety; głęboko w to wierzę.

Jesteś diamentem. Bo tworzysz (się) w i z ciemności.
Bo chcesz.

Ważę słowa

Taszczyłam się kiedyś niemal codziennie w miejsce, gdzie należało mieć kwadratowe myśli, wypowiedzi gładkie jak otoczaki i szaro-burą strukturę. Każdy miał taki sektor w życiu, a dla większości była nim szkoła. Wszystkim nam kazali nieustannie ważyć słowa, aż większość postanowiła nie mieć głosu.

Wzięłam więc sobie ostatnio tę radę do serca i zabrałam się za wy-ra-zy; rozdzieliłam je starannie i uznałam, że okejka, będę je ważyć, bo skoro takie to istotne to spróbuję!

Szybko okazało się, że przekleństwa dnia codziennego są najlżejsze: takie swojskie „ja pierdolę” ważyło może ze dwajścia deko, a „kurwa”, wbrew pozorom, niewiele więcej. Łatwizna.

Słowa krążyły mi po głowie, ale czas mnie gnał – szybko, szybko – zatem początkowo zdecydowałam się na „mama”, „tata”, „dzieci”. Niestety, za każdym razem, gdy kładłam je na wagę, natychmiast z niej zeskakiwały, a dzieci to wręcz z niepohamowaną radością. Zła byłam strasznie, chwyciłam ich wszystkich i rzuciłam na szalę. W tym samym momencie buchnęło dymem, zamazała mi się percepcja i po chwili nie było już trzech słów, a jedno: „rodzina”. Ciężkie to nie było, a u mnie, pewnie przez ten cholerny dym, łzy postanowiły zbić piątkę z policzkami, pomalutku kapiąc na wagę. Okazało się, że ten rodzaj okulistycznej wydzieliny jest niesamowicie lekki; nie dane było mi wtedy poznać wagi łez na smutno, ale przecież wszyscy wiemy, że jak one lecą, to słychać je na wykładzinie i czuć w oskrzelach.

Zważyłam „pracę”, „odpowiedzialność”, „smutek”, ale też „miłość” (ciężka okropnie!), „szczęście” czy „radość”. Powygłupiałam się nawet, bo chciałam zobaczyć czy „kilo orzechów” faktycznie będzie miało kilo (nie miało, bo okazało się, że słowa czasami nijak mają się do rzeczywistości). Panie, cały dzień mi zeszło, bowiem wszystko skrupulatnie zapisywałam w kajeciku, aż noc zapukała mi w okno i przyprowadziła „ciszę”mimo, że wyraźnie mówiłam: bez osób towarzyszących.

Skoro jednak rozgościła mi się w kuchni pani na gapę, potraktowałam ją znienacka i zakleszczyłam na wadze, ale nic z tego, nigdy w życiu proszęjaciebie, stereotypowa kobita, która ukryła i wymiary i wagę. Nie minął jednak tydzień, podczas którego prawie zapomniałam o ważeniu, a Cisza wróciła. Chyba tylko ja ją widziałam, bo nikt nie zwrócił uwagi jak targa mi klatę, łupie po żebrach i wciska się w moją rozedrganą pikawę. Nie mogłam wstać, ważyłam chyba z pińcet ton, człowieku! A gdy wreszcie wylazła, maszkara, na odchodne rzuciła:

– Widzisz? Potrafię być ciężka.

Innym razem leżałam wtulona przy migających światłach i zapachu ulubionego ciała, a gdy Cisza znowu powróciła, nie było mi źle, przyjemnie wręcz, jak wtedy, gdy się zakochasz i w brzuchu latają Ci ważki. Zanim zasnęłam, spakowała się bezszelestnie – jak to Cisza zresztą – i wyszeptała mi do ucha:

– Potrafię też być bardzo lekka.

Zrozumiałam. Teraz jesteśmy koleżankami na dobre i na złe. I nie pytam jej już o nic; ani nie chcę jej wcisnąć na wagę.

Nie chcę (prze)spać

2008 rok, lipiec; słońce właśnie zachodzi prosto na nasze twarze. Brodzimy w rzece po kolana i nieśmiało oglądamy swoje stopy. Siedzimy na kamieniach i myślimy o następnym dniu, bo przecież nie o dalekiej przyszłości. Gdy masz naście lat przeznaczone jest Ci tylko i wyłącznie jutro. Jesteśmy my, a reszta świata to nieistotny niuans naszej rzeczywistości.

Mrużę oczy, ale uparcie patrzę przed siebie, bo popołudniowe światło nadaje magii każdej, nawet najzwyklejszej chwili. Chłonę wiatr, zapach rzeki i to dziwne coś w sercu. Patrzę w lewo i widzę łagodną, uśmiechniętą twarz. Dotykam dłonią jego policzka, a kciukiem błąkam po bliźnie na skroni. Patrzę w prawo i jestem na wodzie skąpanej w ostatnich tego dnia promieniach słońca. Uśmiecha się, bierze mnie za rękę, trzyma mocno i prowadzi przez rzekę i las, wprost na kamienną wysepkę.

Leżymy na kocu. Ubrana jestem w zieloną sukienkę w kwiaty, rozwichrzone włosy i głośny śmiech. Jest zimno i jest ciepło. Jest twardo i jest miękko. Jest ciemno i jest jasno. Gwiazdy są czyste, gapią się nam w oczy, a my bezczelnie odpowiadamy im tym samym. Jest nieidealnie i jest idealnie. Zasypiam, bo nic nie może mi się stać. Mam 17 lat.

 

Budzę się o poranku umykającego już sierpnia 2018 roku. Otwieram oczy, obracam się na lewy bok i widzę młodszą córkę. Chwilę później przybiega starsza by przywitać mnie mokrym całusem w czoło. To znowu jeden z tych dni, kiedy nie dowierzam w teraźniejszość.

W drodze do kuchni zatrzymuję się przy lustrze. Prawym ramieniem przytrzymuję mniejszą, a lewym obejmuję większą córę. Stoimy chwilę przed tą zimną, nieruchomą taflą i myślę jak to się stało, bo przecież jeszcze wczoraj przeglądałam się w ciepłej, rwącej wodzie. Mam na sobie szlafrok, kilka zmarszczek, przekonstruowane ciało i zmodyfikowaną perspektywę. Jest nieidealnie i jest idealnie.

Podaję dzieciom śniadanie, parzę sobie kawę. Siedzimy przy stole, a ja słucham dziecięcego trajkotu, widzę nieporządek w kuchni, a jeszcze większy w naszych głowach. Uśmiecham się, bo dziewczynki są doskonałe; bo idzie jesień; bo powiedział, że codziennie kocha mnie jakby od nowa; bo mam wszystko. Tylko nadal nie wiem dlaczego czas jest tak bezczelny i układa się jak płyn w pojemniku – względnie.

Jeszcze dzisiaj zahaczę o rutynę, ale i znajdę dla nas coś nowego. Jeszcze dzisiaj się przytulę, zasmucę i zaśmieję. Jeszcze dzisiaj zobaczę zachód innego już słońca i wykąpię w nim twarz. Jeszcze dzisiaj ułożę swoje dzieci do snu.

Ale sama chyba nie zasnę.

Dół

Wpadłam kiedyś do dziury większej i głębszej niż słowa ludzi dobrej woli. Pełno tam było twardych kamieni, na dodatek musiałabym stać i czekać na pomoc, a ja bardzo tego nie lubię, więc postanowiłam, że pójdę i załatwię to na własną rękę. Ustawiłam się tyłem do mchu porastającego głazy, bo podobno najlepiej kierować się na północ, pomyślałam – kij to, najwyżej dojdę do Norwegii i wrócę do kraju Ryanairem – i ruszyłam.

Droga była ciemna, wilgotna, wydawała się nie mieć końca i za każdym razem, gdy chciałam odpocząć, wokół mnie wyrastało sześć nowych tras. Musiałam się mocno pilnować, by trzymać się tej wcześniej obranej, zwłaszcza, że każda z nowych dróg kusiła jaskrawym światłem i obietnicą łatwego końca.

Bywało, że idąc, spotykałam zwierzęta, rośliny, zdjęcia, meble, ale nigdy innych ludzi. Na szczęście nie było tam zupełnie cicho, niezliczone szmery, wiatr i mój ciężki oddech zagłuszały odgłos, płynącej w mych żyłach, krwi. O dziwo, nie bałam się, na swoim biodrze bowiem czułam niewyraźny ciężar i ciepło, a na szyi, tuż pod uchem, nieśmiały oddech.

I tak szłam i szłam i przysięgam, że trwało to chyba rok, a może nawet dłużej. Ciągle mgła i ciągle ja. Na początku drogi nie mogłam ścierpieć tej samotności, lecz im dalej szłam, tym pewniejsza byłam i moje własne towarzystwo przestało mnie męczyć, a zaczęło ciekawić. Pewnego razu (przez uparcie panującą ciemność nie byłam w stanie określić czy był to dzień, czy noc) obudziłam się z poczuciem, że co prawda, czeka mnie monotonia niezmiennej podróży, ale szczerze mnie to ucieszyło. I z tą myślą rozstąpiła się nade mną ziemia.

Gliniane sklepienie zaczęło sypać mi się na głowę, cofnęłam się w bezpieczne miejsce. Przeczekałam tę dziwną anomalię, a gdy niepokój ucichł, wychyliłam się by zobaczyć, co też się tam stało. Popatrzyłam w górę – stał tam On. Jak zawsze miał uśmiechnięta twarz, ciepłe spojrzenie i szorstkie dłonie, które wyciągał w moją stronę.

– Tęskniłem.

– To już? Wracam?

– Tak. Ściana pękła sama. Wcześniej, ilekroć próbowałem ją zniszczyć, łamałem sobie paznokcie, palce i serce.

– Przepraszam.

– Już przestań. Tak się cieszę.

Złapałam Go za rękę i zawisłam, a On miał wielką siłę całego świata, i wciągnął mnie na górę, podczas gdy ja pomagałam Mu jedynie dobrą myślą.

Taką myślą z pluszu; taką o mnie, o Nim i o nas.

I było mi dobrze.

I ciepło. I jasno.

Samochodem na myjnię

Więc tak. Auto się ufajdało. Bezsenna, sucha noc, pod drzewem pełnym latających wucetów, zdecydowanie nie ułatwiła sprawy.

Nie ma zmiłuj, trzeba było zabrać tę dwudziestoparoletnią maszynę na myjnię. Przeliczając wiek samochodu na lata ludzkie, można lekko założyć, że ziomkowi stuka już prawdopodobnie 87 rok. Nie rzucam tutaj latami lekką ręką, nie oddałam mu w promocji, nie, nie – to jest tak, że jeszcze trochę rdzy, którą wykruszy jazda po polskich drogach krajowych i nakręcę kontynuację Flinstonów.

Ale okej, wjeżdżam na puste stanowisko, bo podwozie podwoziem ale ptasia kupa nikomu nie dodaje uroku. Wrzucam monety, na dodatek po jednym ziko, bo pani w kiosku nie dysponuje piątakami, ona musi przecież mieć całą gamę monet do wydawania, proszę pani. Odpalam mycie.

Program pierwszy, leję ciepłem na skurczybyka, słyszę chrząknięcie. Rozglądam się, nikogo nie ma; woda, płyn i para tworzą zasłonę, ale przecież na tablicy optometrycznej w linii jedenastej P, O, L rozpoznałam bez problemu, to człowieka w pełnym słońcu nie zauważę? Nic to, kontunuuję, kasa leci, a nikt mi Jagiełły w promieniu 10 kilometrów nie rozmieni.

Program drugi, spłukuję pianę, słyszę westchnięcie. Porobiłam w pory sporo, nie na żarty, bo zabrzmiało jakbym zaraz miała spoglądać na przyrodzenie psychola-ekshibicjonisty. Ale pieniądze się skończyły, samochód wypłukany, chcę więc wpakować się do środka i uciec z tej mokrej Narnii.

– Hola, hola, basta! A nabłyszczanie? A ochrona lakieru?

Patrzę i nie dowierzam, bo to szaran rozwarł wary. Normalnie mu wyrosły usta, pełne dosyć, tuż nad rejestracją. Wyglądał całkiem nieźle, ale to i tak z deka niecodzienna sytuacja, więc pochuchałam sobie na łapę profilaktycznie, chociaż jedyny alkohol jaki wchłonęłam w ostatnim czasie to ten w płynie do płukania gęby. Przecieram oczy, wargi nadal uporczywie nie znikają – nie pozostało mi nic innego jak tylko podłapać konwersację.

– Chłopie, ale po co ci nabłyszczanie? Już nie wspomnę o ochronie lakieru… Twój lakier już dawno wącha asfalt na autostradach.

– Nie zrobisz tego dla mnie, bo jestem stary? – pod przednią szybą wyrosły mu smutne oczy.

– Nie dlatego. Mnie się to po prostu w ogóle nie kalkuluje.

– A czy mnie się kalkulowało jak mi sprzęgło żyłowałaś na placu przy piekarni, gdy trzeba się było podszkolić z cofania na łuku? – gdzieś obok koła spadła cicha łza.

Niby skumałam, ale co miałam z tym starcem zrobić? Do SPA go wysłać? Do domu opieki?

– Słuchaj, no to zróbmy tak, że załatwię ci szybkie złomowanie. Nawet się nie objerzysz, serio.

– A skąd niby wiesz, próbowałaś? Ktoś cię odstawił już kiedyś i zlał na gorąco?

– Nie, chyba jeszcze nie.

– No, bo młoda jesteś, ale jak będziesz stara, to też zapomną co dla nich kiedyś zrobiłaś! – prychnął.

– A czy ja zapominam?! – nie przeczę, trochę się oburzyłam.

– Nie wiem… A zapominasz?

Naklejki od Karla Lagerfelda

Świat bywa czasem mocno pojebany, a epicentrum nieziemskiego przewartościowania, mam wrażenie, kumuluje się w drogeriach. Tych drogich drogeriach, w sensie.

W domu skończyły się wszelkie zapachy i szminki mi się zachciało – poszłam. Włażę więc, niestosownie zwyczajnie ubrana, w ten alternatywny świat puszków i wonności, w którym czuję się jak June Osborne opowiadająca historię podręcznej. W każdym kącie ochroniarz, toteż nie pokontemplujesz brzoskwiniowego odcienia szminki Miss Dupa, znaczy Pupa. Dopóki jest szansa, że zostawisz hajs na kasie, dopóty Twoja pupa (o ironio!) będzie traktowana najdroższą wazeliną. A ja chciałam się rozejrzeć i na dodatek przyszłam z dwójką dzieci.

Wsuwa się ta moja Młoda jak na royal wedding, kapeluszem zarzuca, suknią zamiata i wózkiem ze swoją basią, kasią czyjakąśtam zuzią wjeżdża w pałace. Trzyma się mojej dżipsi sukienki, bo jeszcze niedajboże matka sama wybierze szminkę, a przecież to ona będzie używać jej częściej. Szoruje wózkiem między diorem, a iwsanloronem, ja przed nią, szukam koloru idealnego, szybko szybko, zanim dopadnie mnie obsługa i poczucie, głębokiego jak dupa, defetyzmu tej sytuacji.

Niestety, moje przygnębiające nastawienie względem pieczary pachnącej perfumą, świecącej LEDami, ale zionącej omamami o luksusie, przyciągnęło nieszczęście z zakamarków wszechświata, bowiem na różowy kabriolet dla lalek, który przytachało moje dziecko, wpadła pani sklepowa i zachwiała nogami swemi oraz swą godnością. Pewnie gdyby mogła wyrżnąć naszą rodzinę wzrokiem, to obecnie rozrzucano by moje prochy po dzielni. Szczęśliwie, Scott Summers jest tylko jeden.

No to kajam się, dziecko się kaja, mąż się kaja, dzwonię do prezydenta, proszę by się pokajał, do matki, do ojca, wszyscyśmy się kajali, adres wzięłam i myślę sobie, list wystosuję. Pani to nie przekonało, bo po co jej listy skoro w nich nie odnajdzie utraconej dumy, ni ukojenia nie zazna. Niemniej, klusiaste serce mej córki, wytoczyło ciężkie działa i załkało żarliwie pośród tegoż galerianego blichtru. Mało kto zniesie to na sucho, nawet honorowe panie z drogerii. Zasmuciła się nieco i zechciała mi córę naprawić, a mimikę zresetować do poprzednich ustawień.

Pogrzebała w szafkach z frontami na full połysk i wyciągnęła naklejki.

– Dziękuję! – wysmarało dziecko.

– Proszę bardzo, to naklejki od Karla Lagerfelda, nie byle jakie, wiesz?

O kurwa, pomyślałam brzydko. Naklejki od samego Lagerfelda, skisłam jak kapusta, niech mnie ktoś doprawi kminkiem.

– Mamuś, co to jest karllagecośtam i dlaczego one są nie byle jakie?

Jasna pała, dobre pytanie! – wybrzmiało w mojej głowie. To taki pan, który potrafi sprzedać wszystko, nawet kocie urodziny, które są droższe niż nasze życia i nasze śmierci, a masa klakierów gotowa jest lizać futerko słodkiej Choupette, byle tylko zbliżyć się do siwego gościa w kitce. Tak pomyślałam.

– To projektant mody i – chyba – fotograf, kochanie. – tak odpowiedziałam, bo pani z drogerii raczej też chciałaby ciamkać kocią mademoiselle.

Wyszłyśmy. Nie powiem, w pośpiechu. W kiosku kupiłyśmy jeszcze jeden zestaw naklejek. Mamy więc naklejki z domu mody Ruch, nie byle jakie, wiecie?

Zostały przyklejone na honorowym stoliczku, a Karl siedzi w namiocie, ale chyba ma to gdzieś…

Czego życzę sobie (i wam)

Dziś 15 maja. Niedługo Dzień Matki, rocznica ślubu, kolejne urodziny. Przełom wiosna/lato ma dla mnie większą moc i jestem wtedy bardziej skłonna do podsumowań niż – tradycyjnie – w okolicach Nowego Roku.

Gdy myślę o tym, co mam dzisiaj w głowie i sercu, to wiem, że jest tego więcej niż kiedykolwiek myślałam, że mogę mieć. Ale gdy zastanawiam się nad tym, co mogłabym sobie życzyć, to do głowy przychodzi mi tylko jedno…

Chciałabym dostać Czas. Nie musiałby być ładnie zapakowany, taki zwyczajny, w czystych dłoniach podany, zdecydowanie by mnie zadowolił. Czuję, że ciągle mi go brakuje, ale nie dla innych – brakuje mi go dla siebie. I nie są to opóźnienia w dostawie na relacji mama – dzieci czy żona – mąż. To problemy z wagonem wypełnionym Czasem na linii ja – ja.

Nie potrzebuję go na perfumy, fiołki czy nawet na ciepłą kawę, bo o to, szczęśliwie, dba mój mąż, gdy ja sobie czasem, roztargniona, zapomnę. Chciałabym raczej częściej móc odnaleźć ten moment, kiedy Czas się jakby zatrzymuje, a ja wysiadam, rozglądam się po tym pięknym krajobrazie mojej wyobraźni i przypominam sobie o czym marzyłam, czego chciałam i dlaczego właściwie to zgubiłam. Potem wzięłabym duży wiklinowy kosz i pozbierałabym swoje pragnienia czując, że składam siebie na nowo.

A gdy już wypolerowałabym te swoje stare, zakurzone marzenia, to wcale nie układałabym ich za szklaną witrynką oczu i łez żeby później znów, nie daj Boże, żałować. Wzięłabym się za nie jak za sprawdzian z matematyki, jak za listę zakupów, realizując plany punkt po punkcie i wykreślając je po kolei tylko po to, by wpisać w ich miejsce coś nowego. A gdy już zawiesiłabym je na haczyku i przyozdobiła wspomnieniami, to pokazałabym je córkom, z nadzieją, że odnajdą w nich szczęście i odwagę.

Dlatego my, rodzice, jesteśmy sami dla siebie tak ważni. I nie ma w tym ani krzty egoizmu. Pozwolenie sobie na przeżywanie „siebie” daje naszym dzieciom ogromne możliwości. Sprawia, że studnia uczuć, emocji i wspomnień nigdy nie jest pusta, a co za tym idzie – jest z czego czerpać. Nikt z nas nie chciałby być pustym dołem, w którym niegdyś płynął wartki strumień tęsknot i pasji, ale przyszła susza i zabiła w nim to, co najpiękniejsze.

Podlewaj więc swoje marzenia, pielęgnuj w sobie to, co uważasz za najcudowniejsze. Po to, by później móc innym dać coś z siebie, pomóc wyhodować im fantazje, a tym samym ubogacać również siebie. I tak bez końca…