Archiwum autora: migalnia

Wycinam się

Ctrl+X; na ukrytej w korze mózgowej klawiaturze wklepuję sekwencję i wycinam się z rzeczywistości. Jestem nigdzie i jestem zawsze, trochę z przodu i trochę z tyłu, jednym kawałkiem w teraz, a innym w przeszłości i przyszłości. Nie mam kształtu, ale mam cel.

Ctrl+V; wystukuję i wklejam się na najchłodniejszą, deszczową chmurę w najbardziej zwyczajnym z miast – być może w żadnym, być może w każdym.
Kładę się na brzuchu i wystawiam ręce jak najdalej, jakbym chciała puchem okryć ramiona i jakby przez całe życie było mi zbyt gorąco. Ubrana w dreszcze spoglądam w dół na ludzi pochłoniętych dniem. Każdy inny, każdy taki sam. Dokładam słone krople do tych, które już i tak zaznaczyły czoła przechodniów. Wyciągam ręce jeszcze mocniej. Chcę im podać dłoń, objąć uśmiechem i podzielić się bielą skradzioną przed chwilą z niespokojnego nieba.
Widzę ich.

Widzę Cię.

Zwisa mi to

Szłam sobie ulicą i wszystko mi wisiało. Ale to tak mi wisiało, że nawet kałuże mnie nie ruszały. Ani to, że mnie samochód ochlapał. Ani to, że smog gilał mnie po astmie. Ani to, że pani Wiosna wysłała meteorologom SMSa, że jej wakacje się przedłużą, bo poznała na plaży jakiegoś żigolaka, a plotki głoszą, że na pewno nie był to skromny pan Przebiśnieg. Ani nawet to, że zapomniałam portfela, nie kupię kawy i znowu będę musiała zadowolić się herbatą.

Mijałam różnych ludzi. Panią z ubłoconym pieskiem, pana z torbą na kółkach, dzieciaki z plecakami, w których prawdopodobnie niosły swoje pokoje razem ze ścianami.

Oni szli, ja szłam i nikt nic nie powiedział. A powinien.

Dopiero będąc pod domem, sąsiad, zaraz po szybkim dzień dobry, zagadał.

– Coś pani wisi… – powiedział.

Cholera, pomyślałam, skąd typ wie, że ja dzisiaj w nastroju motylka z jutjuba, rząd mam dupie i SLD mam w dupie. Spojrzałam na niego nie do końca kumając kiedy zdążył być na szkoleniu w zakonie czarnoksiężników, bo widuję go niemal codziennie i zastanawiając się ile wziąłby za sprzedanie paru magicznych sztuczek.

– Słucham? – wydukałam.

– No, z kieszeni pani coś zwisa.

Popatrzyłam w dół, wywróciłam płaszczem, uśmiechnęłam się, że to niby tak specjalnie było, takie Paprocki&Brzozowski rodem z Małopolski.

Przez pół miasta szłam z tetrową pieluchą w koniki bujane, zamaszyście czyszcząc ubłocone chodniki mojego śmierdzącego dymem miasta.

No trudno.

Oby to była prawda

Kiedyś ktoś ważny, kto lubił zrywać dla mnie słodki groszek i wysypywać mi go na koszyczek spleciony z moich niedorosłych palców i gładkich rąk, powiedział mi, że och gosiu, ależ ciebie bardzo dotyka to, że ucieka nam czas.

Nie wiem czy miał rację i czy te słowa wtedy do mnie pasowały. Wiem tylko, że od tamtego czasu, swoim niezbyt mądrym tempem, to ja dopasowuję się do nich.

Więc może bywa też tak, że gdzieniegdzie, dużo mocniej, tworzą nas słowa.

Nikogo nie ma

Dziewczę mniejniżdziesięcioletnie, mocno skupione, czekając na mamę, liczyło sobie radośnie wszystkie elementy chodnika pod jedną z nowosądeckich Żabek.
Zastałam ją na sto piątej kostce. Mój krok w jej stronę – sto sześć; kolejny – sto siedem. Nagle przestała i gwałtownie unosząc głowę w stronę sklepu, rzuciła rozgniewana:
– Sto siedem kostek… Sto siedem… A matki jak nie było, tak nie ma.

Fri-dom

Mniej lub więcej lat temu rozpoczął się kosmiczny projekt pt. „Ty/Ja: człowiek”. Z całą niesamowitością zdarzeń, (nie)istniejących przypadków, a z niezawodnością przeznaczenia. To się nie „stało” – to się dzieje.

Przyszliśmy na świat kompletnie wolni od uprzedzeń, schematów i ram, za to całkowicie zależni od opiekunów. Uposażeni w bardziej lub mniej wolną wolę, napompowani cudzymi oczekiwaniami, wypełnieni wiekowymi obietnicami jutra, osiągnąwszy umowną „dorosłość”, w otoczce konwenansów, jako naturalnej konsekwencji rozwoju cywilizacyjnego, odzyskujemy drobną namiastkę pierwotnej wolności.

Życie nie jest najłatwiejszą drogą, ale drugiej, równoległej, poza obszarem filozofii nauki, prawidopodobnie nie ma. Dlatego idziemy, spotykając ludzi i budując relacje. Lubię życie jako drogę: mam wtedy w głowie goniący mnie zachód za plecami i przygodę przed sobą. Niemniej, ludzkie trasy krzyżują się i to na fundamencie właśnie tej dosyć pozornej wolności.

Na ile, tak naprawdę, potrafimy przyjąć ciężar wolności i konsekwencje wyborów w jej obrębie? Jak często związki trwają przez uzależnienie, umowy, odpowiedzialność, która spadła przedwczoraj, a nie przez świadomy wybór konkretnej osoby; wybór w wolności? Czy umiemy przyjąć ten dar z całym jej gęstym, lepkim i ciągnącym się środkiem?

Czy bez tego życie to w ogóle… życie?

Woda

Jestem zakochana w wodzie jako idei.
W tym, że spowalnia mięśnie, rozczesuje włosy, modyfikuje dźwięki, rozprowadza dreszcze, przyciemnia blaski szczytów, dotyka między palcami oraz intensyfikuje marzenia.

To zupełnie nie do wymówienia – móc czuć się jak w wodzie, zupełnie bez wody. To tak jakby zapomnieć (się) i zatracić (się) pomimo, ale też ponieważ; jakby znaleźć miejsce na czyimś ramieniu, tuż przy uchu, choć droga od stóp, ku górze, była długa.

W wodzie, lecz na lądzie, to jak w intymności.

Tik-tok

Z okazji nieuchronnie nadciągającego nowego, Nina poprosiła o zegarek. Nic nadzwyczajnego: bez kompasu, noża i mikrofalówki; prosty przyrząd odmierzający czas.
Sama nie wiem, ale chyba jest coś namacalnie podniosłego w takich momentach. Jakbym stojąc przy szklanej, sklepowej witrynie, patrząc na odbijającą się w niej, podekscytowaną twarz Córki, wlewała w te wszystkie zegarki odwagę, nadzieję i obietnicę, czekając aż wybierze ten, który na nią czekał.

Dostała analoga w pakiecie z rodzicielską pewnością.
Nosi z dumą. Wyznacza rytm dnia, ciągle zdradzając godzinę; w kantorze codzienności zamieniając czas na słowa.

Chyba nagle… przybyło Jej parę chwil.

Ciasteczka

Łatwiej jest przez pewne sprawy przejść samemu, nie oglądając się na innych i nie dzieląc bagaży. Łatwiej napakować nieuprasowanych gaci, bo przecież jakoś to będzie. Ale nie dając nikomu pomóc poukładać swojego kramu, nie dajesz możliwości nauczenia się Ciebie.

Ty jesteś skądś, nie znikąd. Coś składa się na Ciebie i Ty na coś. Ty to wiesz, lecz nie wiedzą tego inni.

To tak jak z dzieckiem, które bardzo chciałoby nauczyć się robić ulubione ciasteczka, ale rodzic nie pozwalałby mu na to, bo szybciej byłoby upiec je samemu. Niby efekt jest ten sam: mamy ciastka. Udało się – ten raz. Tylko… ile jeszcze?

Szyba w rozsypce

Na galeryjanym parkingu dnia dwudziestego trzeciego sierpnia roku Pańskiego dwa tysiące dziewiętnastego jebła nam tylna szyba w samochodzie. Tak sama se. Tak, o. Być może pękła z dumy, nie wiem. W każdym razie rozsiurała się po przestrzeni postojowej z hukiem jak z reality show Wiśniewskiego i Mandaryny; w białych kozaczkach i hamerykańskich futrach.
Życie jak w filmie? Proszę bardzo, ja mam wszystko, nawet to. Szkoda, że trochę jakby tragikomedia, ale chujtam – niechaj tylko takie problemy mnie macają.

Mąż ogarnął sprawy organizacyjne i przyszło mi z tym rozpierdolonym tyłem jechać do mechanika przez pół miasta. Wtem, raptem, zza zakrętu, wyjechał za mną pan w białym audi na warszawskich blachach (nie wiem, może ta informacja okaże się w tym wszystkim istotna #huahuahua) i jął energicznie i namiętnie mrugać na mnie długimi, by dać mi znać o awarii…

Dzięki, ziomuś.
W ogóle nie przykumałam, że jadę bez szyby.

Dzień Czytania Tolkiena

Czytając wszystkie te mega odjechane zlepy słów w (nie)klasykach literatury, zawsze sobie myślę, że to jest coś, czego nigdy nie zapomnę. Tym będę karmić dzieci, pokazując im, że jestem tak niesamowicie oczytana i elokwentna.
To mnie definiuje.
To jestem ja.
Ale zapominam.

A w życiu mam bardzo podobnie.
Mam te ledwo parę lat i ludzi, którzy się mną opiekują, dbają i odwiedzają.
Wydaje się, że to nie może minąć. Ci ludzie to centrum mojego wszechświata.
To mnie definiuje.
To jestem ja.
Ale zapominam.

Mam naście lat. Wszystko wtedy jest bardziej pierwsze niż kiedykolwiek wcześniej było. Jest pięknie. Tak ma być, to się nie może skończyć.
To mnie definiuje.
To jestem ja.
Ale zapominam.

Jestem dorosła. Mam cudownego Męża. Wspaniałe Dzieci. Jest najlepiej.
To mnie definiuje.
To jestem ja.
Nie chcę nigdy zapomnieć.