Archiwum autora: migalnia

Słońca brak STOP pomocy STOP

Jak co roku, kilkaset razy (dziennie?), kiedy słońce spierdoli gdzieś na południe, ja jestem w takim punkcie wkurwu egzystencjalnego, że jeżeli zaraz nie przyjdzie wiosna, a wraz z nią długi dzień, to najpewniej dostanę pierdolca i jeszcze, niedejpanie, zacznę pisać chujowe wiersze o tęsknocie.
Kocham poezję; ale raczej czytać.

W każdym razie, codziennie chodzę z pytaniami z pogranicza jakiejś kurwa filozofii, wpisanymi w moje skronie. Niestety pytania te nie doprowadzają mnie do żadnych odpowiedzi, wręcz przeciwnie: tworzę sobie jakieś indagacyjno-myślowe perpetuum mobile, po czym najpierw popadam w zadumę, potem w melancholię, następnie w smutek, by na końcu wkurwić się niemożebnie.

Wiadomo, wszystko co robimy, czynimy po to żeby nadać życiu sens. Ale dla mnie, przynajmniej obecnie, nie jest to wystarczającą motywacją.
W skrócie: patrzę na panele i myślę „na chuj te panele”; widzę ludzi na stłoczonych parkingach albo w tych mocno skondensowanych konfiguracjach czoło-ramię-piszczel-okno, które w Bombaju czy innej Kalkucie uchodziłyby za zwyczajną kolejkę, i zastanawiam się „po co to wszystko”; stoję na mrozie, wdycham PM10 i PM2.5, patrzę jak wszyscy spieszą się by odebrać zamówioną kurierem nerwicę i myślę „dlaczego, kurwa, dlaczego”!

#tata

Jakie to dziwne i fascynujące, że patrzę na zdjęcie śpiącego chłopca i już wiem, że kiedyś to on będzie patrzył na mnie i moje rodzeństwo; zabierze nas na wycieczkę rowerową, siostra wpakuje nogę między szprychy i będzie musiał nieść ją na rękach, a rower rzucić na trawę przy torach; pójdziemy na spacer i zerwie się taka burza, że schowa nas w kościelnej zakrystii; wsadzi do pożyczonego samochodu i zawiezie daleko mówiąc, że przecież wszystkie drogi prowadzą do domu, ale auto zepsuje się gdzieś pośrodku nieznanego i będzie musiał prosić o pożyczenie telefonu pewną panią z najbliższego domu; będzie budził codziennie rano lekkim muśnięciem dłoni o policzek, żeby zawieźć mnie do szkoły żółtym maluchem; pokaże, że tak naprawdę wystarczy, że umiesz w przytulanie; będzie podwoził mnie pod dom chłopaka, który później zostanie moim mężem; rozpłacze się na moim ślubie i pod ołtarzem będzie trzymał mnie za rękę trochę zbyt mocno; wzruszy się, gdy zobaczy mnie w szpitalu z dzieckiem przy piersi.

Patrzę na chłopca zamkniętego w starej fotografii. Chłopca, który dopiero ma to wszystko mieć. A ja już co nieco wiem, bo trochę już tam jestem, gdzieś między okiem, a powieką.
Patrzę i chcę mu tylko szepnąć do zaspanej główki, że to co wybrał było dobre.
Ta droga była dobra,
bo stał się on.

W kupie siła

Jakby na mnie nie patrzeć, czy to z lewej, z prawej, na waleta, czy w odzieniu, zamiast z wody, składam się z kawy. Co prawda chyba takiej mocno mlecznej, bo niestety, ale dupę mam cały rok bladą jak u Tildy Swinton i to po charakteryzacji na Królową Śniegu; no tutaj się genetyka nie popisała. Jednakże lubię, pijam często, co zrobisz, nic nie zrobisz, dej żyć.

No i poszłam na kawę do takiej, proszęjaciebie, kawiarni ą ę madafaka, gdzie z sufitu sypie się złoto, kelnerzy na rolkach tańczą foxtrota, mariolki nie obgryzają paznokci, ciastka są tylko warzywne bądź zupełnie z powietrza posypanego bogactwem, a nadprogramową dwójkę na obczyźnie spłukuje się splendorem, a nie jakąśtam plebejską, tfutfu, wodą.

Niemniej! kontemplując życie, smak jutra i zapach wczoraj, zostałam mimowolnym świadkiem sceny typu dzieciństwo plus moduł rodzeństwo, z naciskiem na bliskość i brak krępacji.
Brat: I co zrobiłaś? Kupsko?
Siostra: Nie… głupiś? Tylko siury.

Wczesną (prawie) zimą

Moja relacja z zimą jest równie wyborna jak ta Nergala z Biblią. Z tym, że to zima jest w tej konfiguracji Nergalem. Depcze mnie i chłosta bez litości i mimo mojej szczerej niechęci, wraca szybciej niż Karolak do Violki, czyli najprościej mówiąc nasz status związku: to skomplikowane.

Ale nawet naczelnemu hejterowi pizgawicy, jakim zresztą mianowało mnie swego czasu Ministerstwo Aury Pogodowej Oraz Klimatu i Klimakterium, zdarzy się wstrzymać oddech na widok pierwszego śniegu.

Jest jakiś niewypowiedziany spokój w powolnym opadaniu białych, świeżych płatków na ostatnie zielone kawałki świata. To zresztą niesamowite, że ten cudowny zapach igłom drzew, który przywołuje przyrodę w nozdrza pamięci, nadaje dopiero puszysty chłód.
Najlepsze jednak czeka, kiedy spojrzysz w górę. Niebo jest jakby z kamienia – ciężkie i niedostępne, a na jego tle delikatnie odznaczają się białe pióra, które po zetknięciu z rozgrzaną emocjami skórą, śmiało spływają po uniesionej twarzy, w dół, na szyję i nagie ramiona.

To modlitwa bez szat, dziękczynienie bez kadzideł, prośba bez muzyki organów.
Tempo zwalnia i już naprawdę kurwa nie wiem czy te mokre policzki to śnieg, czy ja.

Trzecia nad ranem

Mierzę się z głośnym pociągiem przecinającym mi michę na pół, choć tak naprawdę leżę na łóżku. Martwy hałas, żywe krzyki, cement w żołądku i wilgotno pod łopatkami.

Dziwne uczucie, ta trzecia nad ranem.

To dobrze, że akurat tak

Chyba było to wczesną wiosną. Nie wiem dlaczego, wspomnienia najczęściej są przybrudzone, ale wydaje mi się, że słońce świeciło bardziej na miodowe powitanie niż jesienno-zimowy paraliż.

Stała sobie w przeciągu, oparta o drewnianą futrynę dzieciństwa, w dzierganym sweterku, białych włosach, które niecierpliwe kręciły się pod małymi ramionkami, z tym swoim metrem wysokości, niebieskim spojrzeniem i wielką ufnością. Mrużyła oczy, a uszy zatykała zaciśniętymi piąstkami. Gdzieś obok fruwały gęste słowa i mocne dźwięki; poczucie winy wiło się obok jej kolorowych skarpetek z gumowymi podeszwami. Wiatr wleciał przez otwarte drzwi, poprzewracał buty i uniósł jej powieki, a główkę skierował w prawo, by zobaczyła ciężkie, słone krople na skalnej twarzy fundamentu.

Skała jest przecież mocna, można się pod nią schować, położyć obok i słuchać najmądrzejszych szeptów albo bez końca pytać „dlaczego”; można tańczyć na jej szczycie, tulić się do mchu i śpiewać kolędy w środku lata.
A jednak.
W marmurze znajomych, najsilniejszych ramion, ten początkowo rześki dzień, ze zmęczonym kaprysem leniwie upływającej doby, wyżłobił rysę.

Myślę, że to był pierwszy raz, kiedy pękło mi serce.
Teraz już to wiem.

Wtedy po prostu rozbolał mnie brzuch i zapiekły policzki.

(życie to ciągłe umieranie)

Mgła

Mgła; już nie woda, jeszcze nie powietrze (jeszcze nie woda, już nie powietrze?). Gdzieś pomiędzy.
Albo może właśnie tylko kiedy woda z powietrzem, tak razem i koniec, kropka.

Z daleka nie widać co w środku, za to już w niej wiadome jest tylko to, co najbliżej. Wydaje się jakby falowała we mnie – jak wtedy, gdy stoję na moście, spoglądam na płynącą rzekę i mam wrażenie, że na chwilę życie zrobiło ze mnie marynarza, bo że kapitana, to wiadomo – poruszam się bez ruchu.

Lubię mgłę. Sfery spadają mi na ramiona, lekko osiadają na wysokości myśli i chociaż przez ułamek ogniwa mogę być jednym palcem w niebie.

Donikąd

Widzę donikąd.
Na przykład za i ponad torami, po których codziennie jeżdżą pociągi i cieszą każde dziecko z grupy jeden do dziewięć.
Te wszystkie dzieci jako pierwsze liczby naturalne, kompletnie dodatnie.
A ja sobie idę obok i patrzę, bo lubię patrzeć.
I widzieć.

Jesteśbogiem, uświadomtosobie

Właściwym jest dążenie do świętości/doskonałości(?), chociaż mocno wierzę, że mamy na to nie jedno, ani nawet nie dziewięć żyć. W dzień Wszystkich Świętych, kiedy świętość jeszcze mocniej stawiamy na piedestale duchowych idei, zastanawiam się tylko nad tym jak ją rozumiem i jak chcę by rozumiały ją moje dzieci.

Wpatrujemy się, choćby mimochodem, w ikony i witraże z ludźmi, którzy według nas zasługują na więcej niż my, bo osiągnęli kolejny poziom wtajemniczenia. I to jest dla mnie niesamowicie… smutne, nienaturalne i nieinstynktowne – ta ślepa wiara, że święty nigdy nie rzucił „kurwą”, srał tylko fiołkami, a pani w mięsnym zawsze mówił „dzień dobry”. Nie chcę żeby moje córki myślały, że popełnianie błędów, nawet tych (naj)większego kalibru, wyklucza je ze świętości (definicję dopisz sobie sam).

Chcę żeby pamiętały, że święci nie byli płascy jak na obrazie; to byli wielowymiarowi ludzie, którzy wybrali ŻYCIE; ponad wyuczone zachowania, ponad reguły, ponad kwadrat, ponad wygodę, czasem ponad moralność, czasem również ponad innych ludzi, nawet najbliższych i ponad tego siebie, którego dobrze znali.
Żeby tylko wiedziały, że to nie zamknięty krąg dla wybrańców i że to wszystko jest do zrobienia dla siebie i w sobie.

Słowo bez i z

Weź kartkę i napisz na niej dowolne słowo. Przyglądaj się mu kilkanaście minut, bo litery istnieją poza czasem i bywa, że minuta z nimi to wieczność, a rok to chwila.
Analizuj gramatykę, strukturę, fakturę. Miel, obcinaj, rozdzielaj i łącz. Powtarzaj je w kółko, aż wypadnie wściekle na podłogę przez zgrzytające zęby i ściśnięte gardło.

Bo choć obiektywnie wszystko wygląda poprawnie, zobaczysz, że słowo z Twojej kartki straci sens.

Wtedy wróć.

Bo to ja jestem tym słowem.
Słowem bez sensu.

Słowem każdego.

(;