Archiwum autora: migalnia

Sen II

Ktoś namalował mnie na starej, miedzianej rynnie. Sprayem raczej. I wydaje mi się, że wisiałam tam już bardzo długo, bo tworzące mnie kolory, które odbijały się od szyby obok, wyglądały na mocno wypłowiałe.

To była górna część rury na starej, mieszczańskiej, bardzo ciasnej zabudowie, a mój anonimowy (s)twórca wymyślił mnie sobie wchodzącą w środek rynny tak, że przechodnie widzieli tylko mój profil, a i ja mogłam obserwować okolicę tylko kątem oka.

Trwałam tak sobie, wyłączona przez większość czasu, aktywując się tylko wieczorem przy bladym świetle wnętrz okolicznych domów. Musiałam być całkiem przyzwoitym malunkiem, bo goście lokalu, przy którym wisiałam, ciągle robili mi zdjęcia. Czułam, że mogę z nimi porozmawiać, ale dzieliło nas zamknięte, podwójne okno, z odrapaną farbą; chyba białą.

Było niesamowicie. Ciepło i spokojnie. Obudziły mnie krzyki dziewczynek.
Ale faza. Przysięgam, że nic nie biorę.

Piętnaście minut

Kawa, wdech nosem, wydech ustami, 7:35; piętnaście minut do wyjścia, a jednak kubek trzymam pewnie i nie szukam wzrokiem płaszcza. Zdążę jeszcze chwycić pióro i przepuścić przez maszynę potok dziecięcych słów. Ucieszę się ze szklistych soczewek przy chłodnej szybie na stertą książek i zmrużę oczy mocniej niż powinnam. Nadam dniu właściwy ton, bo nie mam nic więcej i chyba o tym wiem (już/jeszcze).


Piętnaście minut; dekadę temu nie zdążyłabym nawet nakremować dłoni, już biegłabym pod górę, po bruku, obok kapliczki i latarni ze zbitym kloszem.

Nadal gonię życie i ciągle mi mało. Ale też doceniam, że jest. I że ja jestem.

#mama

Gdzieś pomiędzy jajecznicą, książkami i lego, w przejściu z poranka w południe, wycinek serialowego podkładu (prze)życia zatrzymał mnie na moment przed telewizorem w aranżacji ramiona wzdłuż ciała, stopy na szerokość ramion.

Spoglądałam na dziewczynę, która za pomocą magicznego klucza zwiedzała tę część swojej głowy, gdzie przechowywała wspomnienia po zmarłym ojcu. Wzięła kostkę z wideo z przeszłości w dłonie i zobaczyła, że na jej wczesnych urodzinach w oceanarium towarzyszył jej nie tylko tata – jak do tej pory sądziła – ale również, trochę z boku, trochę jakby mimochodem, trochę bez szumu, mama, na którą o poranku jeszcze tego samego dnia, wylała całą złość swojego niewielkiego świata.

Pomyślałam sobie wtedy, że ze mną chyba też tak jest i że przyjmuję tę rolę z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jestem ciągle tu i teraz jako kompas, przewodnik, wodzirej na imprezie życia i to takiej kiedy już nie wiesz po co i dlaczego, bo to czwarta nad ranem, więc weź mnie za rękę. Jestem ścianą pod dekoracje, płótnem pod obraz, pięciolinią pod kompozycję. Od poniedziałku do niedzieli ciężko o nieustanne fajerwerki; ze mną są obiady, spacery, mycie zębów, a nie noc sylwestrowa, po której budzisz się pod koniec karnawału. Ale to dobrze, moim córkom tego właśnie ze mnie trzeba; od tła jestem ja.

I tak stąpając brzegiem krawężnika tych połamanych rozmyślań, spotkałam nagle moją mamę. Ona też zawsze wiedziała, że być może zaaferowany montażysta wytnie ją z tego filmu, ale wie też, przeglądając się w moich decyzjach, dzieciach czy zwykłej filiżance z niezbyt częstą kawą, że tam była i to jej wystarcza.
To prawda, że macierzyństwo przyspiesza poznanie. A już na pewno tej perspektywy, która do tej pory wydawała się spoza świata 3D.
Dzięki, Mamuś.

Dorosłość. Nie mylić z dojrzałością

Nawet nie pamiętam jak to jest solidnie wypłukać sobie kanaliki łzowe. Przetkać je tym całym smutkiem, żalem, rozgoryczeniem, rozczarowaniem, ale może też zachwytem i radością. No nie umiem. Trzymam i rozgryzam po tysiąckroć. Wczuwam się od nowa jak w cudzą, fałszywą opowiastkę o złocie na końcu wyblakłej tęczy.

Z wiekiem przybywa wszystkiego; zmarszczek, kilogramów, trosk, pieniędzy, powodów i wymówek, ale jakoś najprostszych rzeczy się zapomina. I tak się to wszystko zbiera między zwojami, tapla w nurcie tętnic, bardzo blisko serca; a ja jak ta głupia jeszcze tamę buduję, opieram sobie o rogówkę i udaję, że jej nie ma.
Pewnie dlatego dorosłym często odpierdala i widzą coraz mniej prawdy i piękna wołającego ich świata. Zasłaniają sobie pejzaż niewypłakanymi łzami. Nie potrafią, jak dzieci, wziąć, ale i kurczęblade, oddać.

A tak się zarzekałam, że mi z dorosłością nie po drodze. I chujatam, łapie za rzęsy w najmniej spodziewanym momencie.

Luty dwazero dwazero

Luty. Chyba wytrzymam jeszcze trochę. Niedługo otulę się już tylko jedną warstwą; odzieży również. Rzucę ciche „witaj”, a ono nie odbije się od ciemnego, stężonego powietrza, nie wróci jak bolesne echo niedoczekania. Będzie przestrzeń i czysty, wartki nurt słóworazzdarzeń, a to co wypuszczę poleci tam, gdzie powinno – z dala, kurwa, ode mnie.

Do Ciebie.

Złe losy

Albo może być też tak, że każdy dzień to jakby od nowa, ale trochę na niby. Że okropnie trzęsą się, ubrane w rękawiczki, dłonie i dlatego ze szklanej kuli zamiast „prawdziwe” wyciągam „nieswoje”. Obracam kuponik między palcami i wydarza się ciasny bar mleczny, gdzie zamiast naleśnikami i skórką od pomarańczy, pachnie wilczą jagodą i mokrą glebą.

Wciągam brzuch, prostuję plecy, a na ramiona i głowę ładuję nadmiar brudnych naczyń; ludzie z lisimi uśmiechami dokładają talerzy, a ci z ziemistym wzrokiem rzucają we mnie miskami. Manewruję między stolikami, uważając żeby nie skończyć z głową na betonie i robakami w uszach, bo to jak kolejny level w niskobudżetowym RPG, bez recenzji na jutjubie, więc a nuż za drzwiami kryje się lawendowy ogród o uspokajającej woni. Nigdy nie wiem.

Popycha mnie nadzieja.
Pewnie jestem głupia.

Trudno.

Wszyscy jesteśmy Syzyfami

Einstein zmarł nie dowiedziawszy się dlaczego fotony podczas padania na szkło zachowują się w ten dziwny, bazowo niedeterministyczny sposób mimo tego, że są identyczne (tj. połowa się odbija, a połowa przechodzi przez szkło). Wierzył, że muszą się czymś różnić, bo to jest przecież, kurwamaćbożenko, niemożliwe!
Spoiler alert: mechanika kwantowa mówi, że ni chuja, nie ma wuja, tak jest i juuu, nie kombinuj.

Ale poczujcie tę ironię losu; jeden z największych nerdów wszechrzeczy odwalił kitę nie zdobywszy swojej osobistej Annapurny. Jednak każdy z nas jest jebanym Syzyfem i dla każdego, ostatecznie, życie będzie za krótkie.

TAM

Bardzo chciałabym być już tam, gdzie sama sobie nie przeszkadzam; w miejscu, gdzie samotność, ta naturalna, ta każdego i nikogo, równa się spokój i poznanie.

Bardzo chciałabym w każdej sekundzie pamiętać o tym, że nie jestem krzemieniem, tylko iskrą, i przecież mogę płonąć sama. Bardzo chciałabym móc już błąkać się właśnie tam.

Chyba właśnie dlatego miłość do dzieci przyszła do mnie bez terminów, bez początku i bez końca – bo one to (jeszcze?) mają. I pomyśleć, że najpewniej ja też to miałam. Niebywałe.
Biorą mnie na krechę, na gębę, na pewniaka. To jest mama; mama jest taka i basta, a jeśli powie, że w środku grudniowej nocy pływamy w jeziorze, to zapytamy tylko jakie ręczniki zapakować.

Być może tutaj, naj(nie)zwyczajniej rozchodzi się o niewinność i głębokie zaufanie, co w swej istocie jest piękne…
Jednak czasem po cichu, na przekór instynktom myślę, że oby nie, bo to by znaczyło, że nie ufam nawet sobie.

Sen I

Leżałam na nierównym asfalcie, a przed oczami, w odległości około dwudziestu centymetrów od mojej twarzy, wisiały dwie nieregularne plamy, na których ciemnym tle iskrzyło się setki albo tysiące srebrno-szarych drobinek. Łatki te po prostu przykleiły mi się do krajobrazu, dokładnie na zmiennej trajektorii mojego wzroku. Pocieranie oczu, intensywne mruganie, łzy bezsilności – wszystko na nic, bezczelnie przysłaniały mi kadr, którego strzępy wyłapywałam pokątnym skupieniem umysłu.

Wokół mnie zbiegało się coraz więcej ludzi próbujących podnieść mnie z ziemi. Bezskutecznie. Kobiecy głos zachęcał mnie do samodzielnego wstania ze środka skrzyżowania, czego pragnęłam z całych sił, ale nie potrafiłam zrobić.

Wezwano policję, która wyrwała mnie z kawałkiem ulicy, a potem taką zimną i obojętną zaniosła na dołek, bowiem nie godzi się zakłócać ruchu drogowego, a już na pewno nie swoim nieruchomym ciałem.

Na komendzie kazano mi wypełnić plik papierów, co też pospiesznie uczyniłam, kompletnie nie wiedząc gdzie, co, jak, dlaczego, kto i za ile. Kiedy weryfikowano moje pisemne zeznania, konfrontując je ze stanem quasi-rzeczywistym, okazało się, że niestety, ale raczej zostanę w więzieniu na zawsze.
– W rubrykę „gatunek” wpisała pani „aligator”… – rzucił mi w mordę policjant.
– Tak, a coś się nie zgadza? – zapytałam, konsekwentnie przyklejona na sztywno do resztek lepiszcza węlowodorowego.
– Owszem. Nasz gatunek to monogatory, pani Małgosiu.

Czyli, że dożywocie za upór i głupie pierdolenie.

Manekin

Około dwunastej w południe nogi poniosły mnie po mieście i gminie celem zbadania lokalnego rynku włókienniczego; najprościej mówiąc shopping, bitch. Drepcząc w stronę, która miała mi zapewnić dłuższy spacer, albowiem w domu larum, harmider, rwetes, w towarzystwie „Emilii”, która „chce spać” (pozdro dla kumatych), po stronie niepiśmiennej przyuważyłam manekina okutanego seledynowym pierzem z domu mody Ulica Sezamkowa.

Zatrzymałam się, bo blask zieleni olślepiłby nawet Franka Slade’a, a ja akurat szłam bez przeciwsłonecznych. Stałam tak sobie dłuższą chwilę, gując żumę, gapiąc się jak skończony pojeb i kontemplując rozmiar figury, bo taka dosyć plus size i pomyślałam, że świat pędzi, a ja nie nadążam, gdy manekin poruszył się i sięgnął po coś z parapetu, a tym czymś okazała się być drożdzówka.

Manekin był człowiekiem, samicą, panią i zdecydowanie nie był to sklep z odzieżą tylko, kurwa, piekarnia Tęgoborze na Piotra Skargi w tym smutnym jak wagina mieście.