Archiwum autora: migalnia

Słowo bez

Weź kartkę i napisz na niej dowolne słowo. Przyglądaj się mu kilkanaście minut, bo litery istnieją poza czasem i bywa, że minuta z nimi to wieczność, a rok to chwila.
Analizuj gramatykę, strukturę, fakturę. Miel, obcinaj, rozdzielaj i łącz. Powtarzaj je w kółko, aż wypadnie wściekle na podłogę przez zgrzytające zęby i ściśnięte gardło.

Bo choć obiektywnie wszystko wygląda poprawnie, zobaczysz, że słowo z Twojej kartki straci sens.

Wtedy wróć.

Bo to ja jestem tym słowem.
Słowem bez sensu.

Chcesięmnietobie

Są takie dni, że człowieczeństwo w całej swej rozciągłości powoduje, że się zachwycam i wylewa się ze mnie miłość do wszystkiego co… ludzkie; po prostu. Do prób i błędów, wzlotów i upadków, pionu i poziomu, sukcesów i porażek. Ale bywa też jak dzisiaj, że nie mogę wytrzymać pod ciężarem sprzeczności, które (jak zauważam ze ściskiem żołądka) sama na siebie nakładam. Ja to robię, ja! sobie samej. Ja sprzed miesiąca, ja sprzed roku, ja sprzed odpowiedzialności, ja sprzed lawiny, ja sprzed wyobrażeń, ja sprzed dnia narodzin, ja sprzed… robię to sobie z teraz.

Mieszam się, wi(b)ruję, obracam w miejscu i wszystko mnie boli – jak po przydługim balu za szczelnie zamkniętymi drzwiami. Potrzebuję pomocy i jej nie potrzebuję. Chcę uwagi, a jednocześnie chcę zniknąć. Chcę wolności, a zarazem nie umiem udźwignąć jej ciężaru, a co więcej, muszę mierzyć się z cudzymi o niej myślami. Nie istnieję poza kontekstem powszedniości. Nikt mnie tak naprawdę nie widzi, bo niby jak miałby to zrobić, skoro nawet ja, patrząc w lustro, widzę tylko ciemność, jedynie od czasu do czasu nieśmiało rozświetlaną dwoma błyskami gdzieś w okolicach oczu.

Niby wiem, że ta gra ma w instrukcji tłusty zapis o wielu zastrzeżeniach i pewnie dotykając teraz zimnej klawiatury, próbując się posprzątać, też je mam, ale chyba łamie mnie myśl, że nie można mnie chcieć bez oczekiwań i że nie potrafię tego nawet ja dla ja; ona dla ona.

(Ale to prawdopodobnie też ta część bycia człowiekiem, która może czasem zachwycić.

I może kiedyś zachwyci.)

Może to jest czucie

Chodzi o to, że ja kocham (w) słowa. Wiem, że czasem nie wystarczają, ale wiem też co tak naprawdę ze mną robią. Lubię wyrażać się w ten sposób, więc kiedy nagle zderzam się z brakami w słowniku, to trochę zastygam pod ciężarem z ołowiu, który jeszcze niedawno był przecież tylko jednym z narządów.

Muszę rozerwać się na pół żeby zniknąć i poszukać liter, bo tylko tyle na razie mam; słowa, nic więcej. I nie wiem jak długo ma to trwać.
Więc chodzę trochę po znanym, a trochę po nowym i lepię te pierdolone głoski, bo jakaś część mnie musi nazwać swój środek. Próbuję, bo wierzę, że będzie mi łatwiej dźwignąć świeżą teraźniejszość kiedy nabierze kształtów alfabetu, ale nie umiem, kurwa, nie umiem.

Zamiast tego zbieram pojękiwania serca i westchnienia duszy, tworząc z nich nowy język. Przez chwilę czuję ulgę, a potem uświadamiam sobie, że przecież nadal rozumiem to tylko ja. Nadal nie umiem tego wypuścić w sposób, który zakomunikowałby światu w jakich barwach grają moje wdechowowydechowe dźwięki. Nadal to jest tylko moje.

I tak się bronię i osłaniam każdego dnia. Aż nagle dostrzegam mignięcie światła. Najpierw gdzieś w oddali, między budynkami, by w miarę obrotów Ziemi i moich coraz śmielszych kroków stawało się wyraźniejsze, cieplejsze

i wtedy

czuję, ale tak naprawdę czuję;
i przeszywa mnie dreszcz, że ktoś jednak czyta we mnie brak słów.

Asertywnie

Ja to raczej z tych asertywnych jestem. To znaczy na tyle, że gdy ktoś mówi „ej, skoczmy z mostu na główkę, by sprawdzić czy przeżyjemy”, to ja odpowiadam, że „nie, nie, przecież już w zasadzie połowa października, woda na pewno jest zimna”. Niestety już nie na tyle, by odmówić ciasteczka do kawusi. Czyli jestem gdzieś pomiędzy.

Natomiast w nocy w ogóle nie jestem stanowcza, pewna siebie czy niezłomna. W nocy to ja zrobiłabym wszystko! Jestem wtedy jak pierdolony wiatr.

W s z y s t k o, kurwa, wszystko

dla chwili spokojnego snu!

Niestety głowa nie liczy się z moim wewnętrznym zdaniem.
A serce to już w ogóle.

Wiersze

Życie. Rzeczownik. W rutynie, codzienności, kawie, kolacji, pobudce, śnie, spacerze, deserze, pocałunku, zachodzie i wschodzie.
W ciągłej linii wierszy.

Żyć. Czasownik. W miłości, złości, radości, obietnicy szczęścia, westchnieniu, rozpaczy, bólu, spuszczonym wzroku i uniesionych dłoniach.
Pomiędzy wierszami.

Jeden sędzia

Nie wiem czy na świecie jest balans. Pewnie nie. I mocno osadzam się w przekonaniu, że to nadal na korzyść zalet, wyróżników i wspaniałości. Mój pryzmat, w swej istocie, faktycznie wewnątrz odbija światło.

I tak, oczywiście, przydarzają się w życiu sytuacje, kiedy ciężko współczuć, bo wydaje nam się, że ze złem, jakiego doświadczyliśmy, poradzimy sobie tylko gniewem, czyli najzwyczajniej, nie radzimy sobie wcale. Tak samo jak z tym, że to się na pewno wydarzy – że jeśli nie my, to ktoś inny popełni błąd, na który nie dajemy nikomu, nawet (przede wszystkim?) sobie, przyzwolenia.

Jednak żyjemy; jesteśmy. I pewnie, że możemy każdego dnia wycierać sobie mordy pozorną szlachetnością i złudzeniem wyższości. Ale możemy też, patrząc w lustro w tym momencie dnia, kiedy pod powiekami krucho, a żołądek drga, zobaczyć, że tak naprawdę, na samym początku i końcu, mierzymy się tylko ze sobą.

I tylko przed tym, co głęboko, będziemy odpowiadać.

Niespokojne wody

Każdy obraz, zapach, dźwięk, zanim trafią na szklaną półkę z pięknie wygrawerowanym napisem „wspomnienia”, przyozdabiamy emocjami. Długie westchnienie radości, słony smutek, gorąca złość czy drżący lęk są jak kamienie rzucone w gładką taflę zapamiętanych wydarzeń. Czas, natomiast, jest jak wiatr, który nie pozwala na spokojny dryf zdarzeń i bez końca burzy naszą pamięć. Nierzadko bywa też, że w sam środek przeszłego epizodu, wpłynie samotna tratwa wyrzeźbiona z cudzych słów, z żaglem utkanym obcą wizją.

Są w trzewiach wspomnienia ważne; i są te najważniejsze. Ogromna cześć z nich tworzy nas od środka; sprawia, że ja to ja i że Ty to Ty. Pewnie też żadne z nich nie są całkowicie obiektywne, proste i krystaliczne…

Czy więc, tak naprawdę, rzeczywistych nas, tworzą kłamstwa?

Wycinam się

Ctrl+X; na ukrytej w korze mózgowej klawiaturze wklepuję sekwencję i wycinam się z rzeczywistości. Jestem nigdzie i jestem zawsze, trochę z przodu i trochę z tyłu, jednym kawałkiem w teraz, a innym w przeszłości i przyszłości. Nie mam kształtu, ale mam cel.

Ctrl+V; wystukuję i wklejam się na najchłodniejszą, deszczową chmurę w najbardziej zwyczajnym z miast – być może w żadnym, być może w każdym.
Kładę się na brzuchu i wystawiam ręce jak najdalej, jakbym chciała puchem okryć ramiona i jakby przez całe życie było mi zbyt gorąco. Ubrana w dreszcze spoglądam w dół na ludzi pochłoniętych dniem. Każdy inny, każdy taki sam. Dokładam słone krople do tych, które już i tak zaznaczyły czoła przechodniów. Wyciągam ręce jeszcze mocniej. Chcę im podać dłoń, objąć uśmiechem i podzielić się bielą skradzioną przed chwilą z niespokojnego nieba.
Widzę ich.

Widzę Cię.

Zwisa mi to

Szłam sobie ulicą i wszystko mi wisiało. Ale to tak mi wisiało, że nawet kałuże mnie nie ruszały. Ani to, że mnie samochód ochlapał. Ani to, że smog gilał mnie po astmie. Ani to, że pani Wiosna wysłała meteorologom SMSa, że jej wakacje się przedłużą, bo poznała na plaży jakiegoś żigolaka, a plotki głoszą, że na pewno nie był to skromny pan Przebiśnieg. Ani nawet to, że zapomniałam portfela, nie kupię kawy i znowu będę musiała zadowolić się herbatą.

Mijałam różnych ludzi. Panią z ubłoconym pieskiem, pana z torbą na kółkach, dzieciaki z plecakami, w których prawdopodobnie niosły swoje pokoje razem ze ścianami.

Oni szli, ja szłam i nikt nic nie powiedział. A powinien.

Dopiero będąc pod domem, sąsiad, zaraz po szybkim dzień dobry, zagadał.

– Coś pani wisi… – powiedział.

Cholera, pomyślałam, skąd typ wie, że ja dzisiaj w nastroju motylka z jutjuba, rząd mam dupie i SLD mam w dupie. Spojrzałam na niego nie do końca kumając kiedy zdążył być na szkoleniu w zakonie czarnoksiężników, bo widuję go niemal codziennie i zastanawiając się ile wziąłby za sprzedanie paru magicznych sztuczek.

– Słucham? – wydukałam.

– No, z kieszeni pani coś zwisa.

Popatrzyłam w dół, wywróciłam płaszczem, uśmiechnęłam się, że to niby tak specjalnie było, takie Paprocki&Brzozowski rodem z Małopolski.

Przez pół miasta szłam z tetrową pieluchą w koniki bujane, zamaszyście czyszcząc ubłocone chodniki mojego śmierdzącego dymem miasta.

No trudno.

Oby to była prawda

Kiedyś ktoś ważny, kto lubił zrywać dla mnie słodki groszek i wysypywać mi go na koszyczek spleciony z moich niedorosłych palców i gładkich rąk, powiedział mi, że och gosiu, ależ ciebie bardzo dotyka to, że ucieka nam czas.

Nie wiem czy miał rację i czy te słowa wtedy do mnie pasowały. Wiem tylko, że od tamtego czasu, swoim niezbyt mądrym tempem, to ja dopasowuję się do nich.

Więc może bywa też tak, że gdzieniegdzie, dużo mocniej, tworzą nas słowa.