Archiwum autora: migalnia

Dorosłość. Nie mylić z dojrzałością

Nawet nie pamiętam jak to jest solidnie wypłukać sobie kanaliki łzowe. Przetkać je tym całym smutkiem, żalem, rozgoryczeniem, rozczarowaniem, ale może też zachwytem i radością. No nie umiem. Trzymam i rozgryzam po tysiąckroć. Wczuwam się od nowa jak w cudzą, fałszywą opowiastkę o złocie na końcu wyblakłej tęczy.

Z wiekiem przybywa wszystkiego; zmarszczek, kilogramów, trosk, pieniędzy, powodów i wymówek, ale jakoś najprostszych rzeczy się zapomina. I tak się to wszystko zbiera między zwojami, tapla w nurcie tętnic, bardzo blisko serca; a ja jak ta głupia jeszcze tamę buduję, opieram sobie o rogówkę i udaję, że jej nie ma.
Pewnie dlatego dorosłym często odpierdala i widzą coraz mniej prawdy i piękna wołającego ich świata. Zasłaniają sobie pejzaż niewypłakanymi łzami. Nie potrafią, jak dzieci, wziąć, ale i kurczęblade, oddać.

A tak się zarzekałam, że mi z dorosłością nie po drodze. I chujatam, łapie za rzęsy w najmniej spodziewanym momencie.

Luty dwazero dwazero

Luty. Chyba wytrzymam jeszcze trochę. Niedługo otulę się już tylko jedną warstwą; odzieży również. Rzucę ciche „witaj”, a ono nie odbije się od ciemnego, stężonego powietrza, nie wróci jak bolesne echo niedoczekania. Będzie przestrzeń i czysty, wartki nurt słóworazzdarzeń, a to co wypuszczę poleci tam, gdzie powinno – z dala, kurwa, ode mnie.

Do Ciebie.

Złe losy

Albo może być też tak, że każdy dzień to jakby od nowa, ale trochę na niby. Że okropnie trzęsą się, ubrane w rękawiczki, dłonie i dlatego ze szklanej kuli zamiast „prawdziwe” wyciągam „nieswoje”. Obracam kuponik między palcami i wydarza się ciasny bar mleczny, gdzie zamiast naleśnikami i skórką od pomarańczy, pachnie wilczą jagodą i mokrą glebą.

Wciągam brzuch, prostuję plecy, a na ramiona i głowę ładuję nadmiar brudnych naczyń; ludzie z lisimi uśmiechami dokładają talerzy, a ci z ziemistym wzrokiem rzucają we mnie miskami. Manewruję między stolikami, uważając żeby nie skończyć z głową na betonie i robakami w uszach, bo to jak kolejny level w niskobudżetowym RPG, bez recenzji na jutjubie, więc a nuż za drzwiami kryje się lawendowy ogród o uspokajającej woni. Nigdy nie wiem.

Popycha mnie nadzieja.
Pewnie jestem głupia.

Trudno.

Wszyscy jesteśmy Syzyfami

Einstein zmarł nie dowiedziawszy się dlaczego fotony podczas padania na szkło zachowują się w ten dziwny, bazowo niedeterministyczny sposób mimo tego, że są identyczne (tj. połowa się odbija, a połowa przechodzi przez szkło). Wierzył, że muszą się czymś różnić, bo to jest przecież, kurwamaćbożenko, niemożliwe!
Spoiler alert: mechanika kwantowa mówi, że ni chuja, nie ma wuja, tak jest i juuu, nie kombinuj.

Ale poczujcie tę ironię losu; jeden z największych nerdów wszechrzeczy odwalił kitę nie zdobywszy swojej osobistej Annapurny. Jednak każdy z nas jest jebanym Syzyfem i dla każdego, ostatecznie, życie będzie za krótkie.

TAM

Bardzo chciałabym być już tam, gdzie sama sobie nie przeszkadzam; w miejscu, gdzie samotność, ta naturalna, ta każdego i nikogo, równa się spokój i poznanie.

Bardzo chciałabym w każdej sekundzie pamiętać o tym, że nie jestem krzemieniem, tylko iskrą, i przecież mogę płonąć sama. Bardzo chciałabym móc już błąkać się właśnie tam.

Chyba właśnie dlatego miłość do dzieci przyszła do mnie bez terminów, bez początku i bez końca – bo one to (jeszcze?) mają. I pomyśleć, że najpewniej ja też to miałam. Niebywałe.
Biorą mnie na krechę, na gębę, na pewniaka. To jest mama; mama jest taka i basta, a jeśli powie, że w środku grudniowej nocy pływamy w jeziorze, to zapytamy tylko jakie ręczniki zapakować.

Być może tutaj, naj(nie)zwyczajniej rozchodzi się o niewinność i głębokie zaufanie, co w swej istocie jest piękne…
Jednak czasem po cichu, na przekór instynktom myślę, że oby nie, bo to by znaczyło, że nie ufam nawet sobie.

Sen I

Leżałam na nierównym asfalcie, a przed oczami, w odległości około dwudziestu centymetrów od mojej twarzy, wisiały dwie nieregularne plamy, na których ciemnym tle iskrzyło się setki albo tysiące srebrno-szarych drobinek. Łatki te po prostu przykleiły mi się do krajobrazu, dokładnie na zmiennej trajektorii mojego wzroku. Pocieranie oczu, intensywne mruganie, łzy bezsilności – wszystko na nic, bezczelnie przysłaniały mi kadr, którego strzępy wyłapywałam pokątnym skupieniem umysłu.

Wokół mnie zbiegało się coraz więcej ludzi próbujących podnieść mnie z ziemi. Bezskutecznie. Kobiecy głos zachęcał mnie do samodzielnego wstania ze środka skrzyżowania, czego pragnęłam z całych sił, ale nie potrafiłam zrobić.

Wezwano policję, która wyrwała mnie z kawałkiem ulicy, a potem taką zimną i obojętną zaniosła na dołek, bowiem nie godzi się zakłócać ruchu drogowego, a już na pewno nie swoim nieruchomym ciałem.

Na komendzie kazano mi wypełnić plik papierów, co też pospiesznie uczyniłam, kompletnie nie wiedząc gdzie, co, jak, dlaczego, kto i za ile. Kiedy weryfikowano moje pisemne zeznania, konfrontując je ze stanem quasi-rzeczywistym, okazało się, że niestety, ale raczej zostanę w więzieniu na zawsze.
– W rubrykę „gatunek” wpisała pani „aligator”… – rzucił mi w mordę policjant.
– Tak, a coś się nie zgadza? – zapytałam, konsekwentnie przyklejona na sztywno do resztek lepiszcza węlowodorowego.
– Owszem. Nasz gatunek to monogatory, pani Małgosiu.

Czyli, że dożywocie za upór i głupie pierdolenie.

Manekin

Około dwunastej w południe nogi poniosły mnie po mieście i gminie celem zbadania lokalnego rynku włókienniczego; najprościej mówiąc shopping, bitch. Drepcząc w stronę, która miała mi zapewnić dłuższy spacer, albowiem w domu larum, harmider, rwetes, w towarzystwie „Emilii”, która „chce spać” (pozdro dla kumatych), po stronie niepiśmiennej przyuważyłam manekina okutanego seledynowym pierzem z domu mody Ulica Sezamkowa.

Zatrzymałam się, bo blask zieleni olślepiłby nawet Franka Slade’a, a ja akurat szłam bez przeciwsłonecznych. Stałam tak sobie dłuższą chwilę, gując żumę, gapiąc się jak skończony pojeb i kontemplując rozmiar figury, bo taka dosyć plus size i pomyślałam, że świat pędzi, a ja nie nadążam, gdy manekin poruszył się i sięgnął po coś z parapetu, a tym czymś okazała się być drożdzówka.

Manekin był człowiekiem, samicą, panią i zdecydowanie nie był to sklep z odzieżą tylko, kurwa, piekarnia Tęgoborze na Piotra Skargi w tym smutnym jak wagina mieście.

Dystraktor

Ze wszystkich umiejętności społecznych (?), jakie bozia mi dała, a jakie, siłą rzeczy, rozwinęłam odkąd jestem matką, za najbardziej szlachetną uważam tę, która odpowiada za zmianę kierunku przepływu myśli; trochę jakby odwracanie uwagi, ale bardziej.

Bliżej mi do ludzi, bo już wiem, dzięki lekcji jakiej codziennie udziela mi macierzyństwo, że nie chodzi o zapominanie, a o to by to, co kłuje odpowiednio oszlifować i z równą czułością, z jaką traktuje się przyjemne wspomnienia, ułożyć na brzegu pamięci.

Wydaje mi się, że w przypadku najmroczniejszych strachów, wszyscy startujemy z tego samego pasa, a ja coraz lepiej czuję się w roli dystraktora, tła, laleczki z saskiej porcelany, która pogłaska pomiętą duszyczkę i przypomni, że to dobrze, że życie nie jest gładką, prostą autostradą ani nawet, choćby stromymi, schodami.

To więcej.

Panda 3

2011, Polska B, polibuda, budynek P, budowa mostów i dróg; ja tam taki trochę wykidajło z dodatkowym oprogramowaniem na przynieś, podaj, pozamiataj, czyli bez zmian, bo nadal na celowniku, ale bez celu.

Typy mosty zaliczały prostym systemem o nazwie „w Łańcucie kalosz robi projekty” i tajemnicą poliszynela było kto tak naprawdę i za ile. Zaliczenie polegało na przyniesieniu papierów i polizaniu rowa panu, niech będzie, Iksińskiemu; generalnie normalka, c’nie. Jedynym pytaniem było ilu przęsłowy most miałeś, krupniczku, na karteczce.

Pośród karpików znalazł się pacjent, który w Łańcucie na parkingu projekt co prawda odebrał, ale nawet na niego oka nie zarzucił, no bo w sumie na chuj, co ja, inżynierem jestę?
I wszedł z naręczem świeżej makulatury prosto na ścianę pt. Ile przęseł ten most, proszę pana?
– Mmm… trzy.
No i okazało się, że w totka to niech on lepiej nie gra, bo jego most to, kurwa, dwuprzęsłowy. Iksiński zajebał sobie mlaskiem w czoło i zrezygnowany pyta:
– A wie pan jak ja się w ogóle nazywam?
– Mmm… pan profesor Iksiński?
– Ech, chociaż tyle. Idź pan, trzy.

Tak, że in your face, kujony. Tak się robi dyplomy. 😆

#jajestemedukacja

Zakupy przedświąteczne

Byliśmy dzisiaj na zakupach przedświątecznych. Z dwójką dzieci.
W zasadzie tutaj mogłabym skończyć, ponieważ te zdania noszą w sobie tak ogromny pokład nieszczęścia, że wystarczą za milion innych słów i za tysiące wypitych na smutno drinków.

Ludzi w markecie było prawdopodobnie więcej niż na promocji Xiaomi. Na jednym metrze kwadratowym gęściej niż w centrum Tokio. Gdzie są marynowane patisony, bożenadlaczego ta lista jest taka pomiętolona, kurwamaćandrzej połóż te mandarynki na wagę, bo nas na kasie cofnoo!

I kiedy tak przebijaliśmy się przez ten zestresowany tłum, stosując się do wszystkich survivalowych porad Beara Gryllsa; gdy smagani wściekłymi oddechami i biczowani piękącymi spojrzeniami próbowaliśmy dowlec się wąską ścieżynką wstydu w kierunku korytarza życia, wtedy mnie olśniło.
Przecież wszyscy, gdzieś tam głęboko, pomiędzy żołądkiem a krtanią, jesteśmy tacy sami. Mamy bliskich, kochamy, smucimy się, złościmy, zachwycamy się, tańczymy gdy nikt nie patrzy, śpiewamy w samochodzie i wszyscy, tak jak tam staliśmy, czyhając na ostatnie cytryny, absolutnie wszyscy: robimy kupę.

Wyluzowałam. Jak po dobrej posiadówie w tojtojce, z nielimitowanym netem w telefonie.
Tak wiele nas łączy!