Archiwum autora: migalnia

Kiedy

Lubię, kiedy las paruje. Kiedy jego zmęczenie to mój przywilej. Kiedy w głowie tylko to minie, to minie. Kiedy skala mniejsza niż moja, a pochłania. Kiedy łap mnie, bo jestem na chwilę.

X godzin snu

Albo kiedy już naprawdę długo leżę w ciemności i nie mogę zasnąć, to wyobrażam sobie oddech jako linię – bez początku i bez końca. Przy każdym wdechu i wydechu nadaję jej inny kształt. Czasem zapisuję nią słowa, czasem rysuję kształty, czasem robi się abstrakcyjnie, ale zawsze równolegle do świata realnego; nawet nie w jego odbiciu, jeszcze gdzieś indziej, jeszcze… Bywa, że bardzo boję się zasnąć, bo przeraża mnie brak epilog do snu i w ten sposób toczę to ciężkie, nocne koło pod górę, którą każdego wieczoru sama sobie usypuję. (Nie) mogę spać i (nie) chcę spać.

Dziura w parkiecie

Są dni, że wstając z łóżka wpadasz między szparę w parkiecie; taki jesteś malutki. Jak jakaś liofilizowana jagoda. Wszystko jest za duże, za ciężkie i niedostępne. Ulubiona bluza nie działa bez ulubionego brzucha, bo to też nie jest tak, że pod każdy kaptur można się schować – pod większość nie można. Jeszcze gdyby ktoś zechciał cię w kieszeni przenosić cały dzień albo na ramieniu ułożyć w kosteczkę żeby pośmiać się razem stojąc na skrzyżowaniu na czerwonym świetle; tylko tak czule, nie z kogoś. Ale jest 6:50, księżyc jeszcze wisi; widnieje. I jednak wybierasz być dla kogoś tym schowkiem właśnie. Bardziej niż niebieską plamką. Ona jest tam jeszcze, jasne, uszami próbuje wypłynąć, więc jej puszczasz na słuchawkach the doorsów. A kieszeni to mamy zwykle przynajmniej dwie przecież. Czasem też plecak, torebkę. O, albo dłonie dwie ułożone w tę taką śmieszną miseczkę – jak nad rzeką w upalny dzień, do polania rozgrzanego czoła. Po prostu lubię myśleć, że zawsze jest gdzieś alternatywa do tego, co nam się wydaje.

Nie mogłam zasnąć

To było tak, że urodził się poza ogrodzeniem z bielonego drewna. Furtkę do beztroskiej teraźniejszości zamknęła mu nie tylko wszechobecna wojenna zawierucha, ale równie aktualna wówczas ciężka ręka rodzicielskiej (nie)sprawiedliwości. Teraz twierdzi, że gęste powietrze przecinały wtedy już tylko jego bezradne pojękiwania chowane pod ciężkim, dębowym stołem oraz żałosne okruchy modlitw pełnych nadziei do Boga, którego jednak szybko znienawidził za to, że zabrał mu jasnowłosną matkę zamiast ojca – kata.

Tatko, bo tak kazał na siebie mówić, miłość do syna mierzył liczbą batów odbitych na wychudzonym ciele potomka oraz godzinami, które kazał spędzać mu na kolanach w zimnym kącie ubogiej izby ich drewnianego domu. Młodemu w tych momentach zdarzało się myśleć, że wolałby spłonąć teraz, natychmiast, skruszyć się w szary popiół w rozległym pożarze i wiedzieć, że to już; że życie przeleci przed oczami, pożegna się jakimś przypadkowym wspomnieniem składającym się ze smaku soku agrestowego oraz zapachu ciała po wieczornych kąpielach w pobliskiej rzece, i da odpocząć. Zamiast tego, wydawało mu się, że ginie powoli i boleśnie, stopniowo zatruwając się dwutlenkiem węgla, wydychanym przez swojego ojca, którego obraz podstępnie i mimowolnie wdzierał się chłopakowi pod sączące pęcherze.

Młode serce, rozrywane przecież codziennie przez otaczające je śmierć i strach, ojciec zamiast ukoić spokojem, systematycznie zasypywał kilogramami soli, jak gdyby zamiast wody, to głównie z niej się składał; jak gdyby wydobyto go z kopalni pewnej upalnej nocy, przeklinając na zaduch w górniczym szybie; jak gdyby nigdy nie podjęto wysiłku urodzenia go i nigdy też nie otoczono opieką.

Szczęśliwie jednak, przeżył wojnę i tatka, ale sam już nie wiedział, co bardziej wytrawiło mu wnętrze. Rana przez długie lata uparcie nie chciała się goić.

(…)

Człowiek bez miejsca

Trzytysięczna, i na pewno nie ostatnia, przeprowadzka w moim życiu, łapiąc mnie delikatnie za ręce, poprowadziła przez mentalny labirynt miejsc, których (już?) nie mam, a które mają mnie.

Jestem samozwańczym i niegodnym przedstawicielem ludzi bez kąta; w każdym bowiem znajdzie się pajęczyna, która mnie uśmiecha i wszystkie miejsca są moje, więc tak naprawdę żadne nie jest.

Przez organiczne dziury w zaufaniu nie uklepuję legowiska na dłużej, przez brak mocnych korzeni nie czuję potrzeby przynależności, przez słabe liny w setkach relacji opartych na small talkach nie zarzucam sieci i nie czekam – raczej walczę.

Wszędzie zostawiam po kawałku naskórka, garści włosów, oddechów i wspomnień, a wszystkie te miejsca zostają we mnie na wysokości ściśniętego żołądka, nie tworząc jednak spójnej całości, a dając mi jedynie melancholijny wgląd w potłuczone lustro, posklejane niedbale z mnogości minionych wydarzeń.

Niespokojne błyski między zwojami nie pozwalają mi na głęboki wdech wśród nieładu ulic, mieszkań, domów czy ogrodów; oddycham płytko i nieskładnie, oglądając świat z wysokości cudzych dachów – czasem tylko pozwalając sobie na spojrzenie w stronę słońca, by jednak po chwili poparzyć oczy.

Chaos, bałagan; a w środku ja.

Spoglądam w siebie z szeroko otwartymi oczami, ale ciągle nie porządkuję.

Na czas

W nowych miejscach śni się bardziej. Mnie śnił się bank oddechów, wyglądem przypominającym ten Gringotta. Ciemno, wilgotno i szorstko, a jednak w żelaznych szufladach leżały świecące oddechy. Wdechy i wydechy katalogowane na niebiesko. Niewielkie plamy o nieregularnych kształtach. Gdyby to była prawda, pewnie zwariowałabym z nadmiaru możliwości jakie dawałoby to nietypowe rozdawnictwo. Chyba nie udźwignęłabym konieczności wyboru w stosunku do łatwości z jaką zostawałoby się dawcą. Mam dużo mniejsze możliwości, a bywa, że nie unoszę wachlarza pod oczy.


Mój oddech, jeden tylko, wstrzymany przy czkawce, zachwycie, zdumieniu, przerażeniu, histerycznym śmiechu. Oddany bez wysiłku w płuca tych, którym tylko tego, tak naprawdę, w życiu zabrakło. Gdy wszystko inne mówi, że za wcześnie. Jednego oddechu tam trzeba było, jednego jeszcze; z podziemnego banku, w którym każdy jest dawcą i każdy jest zawsze na czas.

Stempel

Wydaje mi się czasem, że nie ma we mnie nic człowieczego, znanego; że więcej drewna i słoi; że jestem wyświechtanym stemplem spoza starych paragrafów. Powinnam jeszcze zostawiać mocne ślady, umoczyć się w niebieskim atramencie i znaczyć wszystko, czego dotknę. Kap, kap, kap, niebiesko na ścianach, podłogach, oknach, drzewach, głowach, sercach. Tylko, że zamiast wyraźnej pieczęci, gdzieś się drewienko pogruchotało, coś w nim złamało, a tam to jeszcze wytarło. Chyba nie ma już tego samego obrazka i znanego napisu. Wybijam rytm nieznanych widoków. Nawet stemple bywają zmęczone.

Lekcja

Siedział na starym tapczanie przykrytym czarno-zielonym kocem w geometryczne kształty. Kładąc prawą nogę na lewą, przygarbił się jeszcze mocniej, jakby ramiona chciał wcisnąć w przeponę, a zębami wgryźć się ponad pępkiem i tym samym przyspieszyć znikanie; nie jak do tej pory, po kawałku, tylko teraz, natychmiast, w kuchni, w cieple, z kawą w szklance z metalowym koszyczkiem; gdy w głowie jeszcze łączą się kropki i zrozumienie cudzych słów nie ginie w lesie splątanych myśli.

Ale nie zniknął. Nie wtedy. Zamiast tego pociągnął nosem, odchrząknął, machnął rękami przed zatroskaną twarzą, łapiąc w dłonie niewidzialną muchę i, lekko skrępowany swoją nieporadnością, opowiedział mi dlaczego to wszystko takie wykąpane w szambie; to jego życie, w sensie, w tych momentach przydrożnych rowów, parkowych ławek i obcych drzwi wąskiej, małomiasteczkowej zabudowy.

Poczułam i chyba też mnie zabolało. Ale nadal nie rozumiałam po co. Dopiero parę lat później, biegnąc gdzieś za uciekającą dobą, odkryłam, że można mieć wymówkę /przeciw/ albo powód /do/ oraz, że obie te rzeczy mogą być tak naprawdę tym samym.

Niechcący pokazał mi, że nie każdy chce i nie każdy potrafi być

szczęśliwy.

Za cho dy

Są zapachy dla głowy, kiedy wiesz, że truskawka nie może pachnąć cytryną, jeżeli tylko nie dasz się oszukać.

I są też zapachy dla serca, których nie wciągniesz bez otoczki małych zdarzeń (pół)światku, a które zawsze pachną najpiękniej.

Tak właśnie czuję zachody słońca – niezmiennie, choć zawsze inaczej, a jednocześnie stale i intensywnie.

Kolana mi miękną i zachwycam się codziennie; od nowa.

Kwarantanna

Z podstawówki pamiętam niewiele. Może ten kamień zaplątany w liściach spod zardzewiałych drabinek; może łaskotki pod pachą i złamany nos; może też oranżadę na miejscu, a w kieszeni cały świat w cenie pięciu złotych. Z lekcji świta mi wykuta mazurska mapa jezior i zamykanie oczu „żebyśmy odpoczęli”, gdy facetka od przyry już dłużej z nami nie mogła.

Sześć lat w jednym budynku z tymi samymi ludźmi na pewno wiele mnie nauczyło, tylko teraz jakoś nie pamiętam, bo to było pierwsze albo drugie z moich żyć. No dawno, najprościej mówiąc. Ale pewnie było warto. Tylko teraz jakoś nie pamiętam. Jestem pewna, że było świetnie. Serio. Tylko teraz jakoś nie pamiętam.

Ze wszystkich ubrudzonych tuszem palców, krzyków stolik-ławka-kolega-ściana i niedbale przerzucanych kartek, w mojej głowie do dzisiaj mieszka opowiadanie, chyba z trzeciej klasy; niedługie, dwie strony A4, więcej nie dam. Historia ludzi, którym zabroniono wychodzić z domów, bo na zewnątrz chaos, ruina, pożoga, śmierć i głębokie sztachanie się strachem; więc lekcje on-line, bezosobowe spotkania w sieci, wirtualne spacery.

Zabawne.
Wybaczcie, ale wszyscy żyjemy dzisiaj w mglistym wspomnieniu opowiadania z mojej, dorosłej już, głowy. Opowiadania z książki dla dzieci sprzed miliona lat.