Archiwum autora: migalnia

Czwarta nad ranem

Teoria strun zakłada, że baza wszechświata i wszechrzeczy to mikro-struny energii, które drgają z różnymi częstotliwościami.

Tak jakbyyy…
Kosmos to muzyka.
Świat to melodia.
Ja i Ty to dźwięk.
Poezja śpiewana, panie.

Dlaczego więc, tak bardzo wkurwia mnie alarm u sąsiada o czwartej nad ranem..?

Subiektywne szczęście

Musisz czuć sens życia żeby żyć. I to jest bez sensu, że nie możesz przeżyć w bezsensie, wiem, ale i przymusza Cię do obrania drogi… lepszej niż gorszej, a może nawet takiej, która w prezencie daje to mityczne „szczęście”.

Szczęście jest konsekwencją. Skutkiem ubocznym. Subiektywnym uczuciem, na które tak naprawdę nie mamy wpływu: jeszcze nikt na siłę nie stał się szczęśliwy; jeszcze nikt się do tego nie zmusił; nikt tego skrupulatnie nie zaplanował.

Nie wiem czym tak naprawdę jest szczęście i nie mam takiej mocy, by decydować czy jest ono tylko kwestią wnętrza, z zupełnym wyłączeniem zewnętrza, czy na odwrót, a może zupełnie inaczej.
Powiem Ci tylko jedno: dopóki patrząc w mentalne lustro, w odbicie swojej osobowości, przeglądając się w nim każdego dnia, rozczesując swoje zalety i pudrując wady, będziesz widział/a ofiarę losu, życia, przeznaczenia i wszechrzeczy, to powiadam Ci, prędzej przestaną mnie wkurwiać barany na drogach z prawkiem z czipsów, niż Ty poczujesz choć krztynę szczęścia.
Odbierając sobie szansę na godność, niszczysz też szansę na choćby namiastkę szczęścia.

Mea culpa, ale tako rzekę ja.

Sponsorem dzisiejszej wypowiedzi jest słowo „szczęście”. 😃

Może smutek

Znowu deszcz.
Patrzę na mokre dłonie, ledwie mrugam, depczę smutne liście i wdycham zapach naszej wspólnej drogi.
Przez chwilę jest mi lepiej; szkoda tylko, że razem z deszczem, prosto do serca, wlewa mi się ciężka melancholia. Pewnie zastygnie tam na najbliższe dni.
Sama nie wiem. Być może lubię się smucić.

Katastrofa

Żeby powstał wszechświat, musiało dojść do niesamowitej eksplozji energii i światła. Innymi słowy: musiało solidnie jebnąć.
Ale, ale! z kompletnej, jakby nie patrzeć, masakry, powstały m.in. pierwiastki, które tworzą Ciebie i mnie.

Czyż to nie cudowne?

Być może masz teraz czasy ciemnej dupy i emocjonalnej chłosty, a sufit wali Ci się na szukającą Boga twarz.
Ale ja jestem tutaj by przypomnieć Ci, że to nie koniec.
Stworzyła Cię katastrofa.
I z katastrofy powstaniesz na nowo.

Nie musisz mi wierzyć – sobie zaufaj! Nic więcej od Ciebie nie chcę.

Czerwona Strzała Południa z hakiem

Parę lat temu, kiedy jeździłam jeszcze ukochaną Czerwoną Strzałą Południa w postaci Volkswagena Sharan 1.9 TDI z – co ważne – hakiem, chcąc wyjechać ze szpitalnego parkingu, nadziałam się jak szaszłyk na audiczkę pewnejpani, nówka-sztuka, lakier w cenie mieszkania na Manhattanie, no generalnie zajebiście, c’nie.
Niemniej, najcudowniejsze w tej historii jest to, że nie miałam pojęcia o tym, że haczyskiem zrobiłam kobiecie rysę na samochodzie i godności, bo nawet nie poczułam jak mój karmazynowy byk osiada na srebrnej krasuli tejże pani, zatem w glorii i chwale, pod czujnym okiem Wielkiego Brata z monitoringu, z podniesionym, niczego nieświadomym czołem, spierdoliłam z miejsca zdarzenia.

Tydzień po moim debiucie jako drogowa faja, spacerując z dzieckiem po dzielni, otrzymałam telefon od małżona, że cała jednostka policji ze wsi, w której jesteśmy zameldowani, na czele z wójtem, proboszczem i sklepową, szukają mnie, bo w systemie samochód jest, ale naszych danych ni chuja. Znaleźli mnie, bo znają mojego teścia, great. Szczęśliwe, Damian był wtedy niedaleko, więc pojechał tłumaczyć mnie na posterunek; pozwoliłam mu nawet zwalić na to, że przecież wie pan, żona, noo baba, po prostu baba jechała.

Nic to, musiałam załatwić sprawę osobiście na komendzie w Nowym Sączu, gdzie zawiózł mnie kolega mojego taty, bo ja zostałam bez pojazdu, nie pamiętam dlaczego, ale chyba Damian go gwizdnął.
Przyjechaliśmy na komendę, musiałam czekać z jakimś, kurwa, czipem jak na jedzenie w centrum handlowym – dobrze, że nie wibrowało, gdy była moja kolej. Ziomek taty nie chciał mnie tam zostawić, bo się o mnie bał, więc nie wiem: albo mam ryj kryminalisty, albo kompletnej sieroty.
Wreszcie pan policjant zaprosił mnie do swojego biura, obśmiał całą akcję z powodu szramy na audicy i prawie płakał kiedy szukaliśmy jej na zdjęciu z monitoringu. Polaliśmy dupę, ale mandat mi wypisał; szkoda było zatem udawać, że jest zabawny, cholera.
Po wszystkim musiałam zapierdalać przez całe miasto na nogach, bo przecież kolegę ojca odprawiłam z zapewnieniem, że mnie nie zamkną i że nikogo nie zabiłam, ale jestem bliska, więc niech już jedzie.

To było chyba trzy lata temu. W tym roku ubezpieczyciel obciążył mnie kosztami naprawy. Prawie dwa i pół kafla w plecy, proszę państwa. Za brewkę nad kołem.

Więc powiem Wam jedno… morał z tej historii jest jasny: pozbądź się haków, bo nawet nie poczujesz jak komuś krzywdę zrobisz!
(Albo naucz się znikać z miejsca wypadku bezszelestnie jak ninja.)

Świadkowie Jehowy

Sytuacja sprzed Wielkanocy.
Nawiedziła mnie para Świadków Jehowy z ulotkami i pieśnią na ustach. Otworzyłam drzwi i przyznam, że nawet chwilę słuchałam jak się pan tak gorliwie produkował, ale nie mogłam wytrzymać jeszcze bardziej niż zwykle przy takich wizytach, bo dziecko mi się darło o żarcie; wieczór to był.
Ale, że miłym człowiekiem jestem:
– Wie pan co… chętnie bym posłuchała, ale chyba musiałby mi pan dziecko pokarmić żebym mogła w kuchni posprzątać i mieć na to czas… – westchnęłam z nadzieją, że skuma aluzję.
– Nie ma żadnego problemu. – uśmiechnął się.

Nie skumał.

Dramaty

Są ludzie, u których potrzeba dramatu jest tak silna, że budują na niej całe swe jestestwo.
Bycie mentalną ofiarą bliżej niezidentyfikowanego, mistycznego losu, które to uczucie jest zresztą bardzo przyjemne i proste; przyjemność z emocjonalnego biczowania się, uczuciowa jaskinia czy też kompletna alienacja od ludzi, potrzebna do wzmocnienia poczucia wyższości nad innymi – to tylko kilka cech człowieka pełnego jakiegoś… bólu.
I jakoś widzę ich wszędzie. I jakże ciężko do nich dotrzeć.
Burząc ich pogląd na życie, to tak jakbyś rozsypał im osobowość, którą potem należałoby ulepić od nowa. To bardzo ciężki, żmudny i długi proces, który niejednokrotnie wysysa energię mocniej niż bezsenność.

W życiu spotykamy się z ogromem dylematów przy codziennej selekcji z półki „dobrze/źle”, ale zawsze najciężej mi zdecydować czy ktoś jest wart niszczenia mojej wewnętrznej, spokojnej zatoczki, czy też już wystarczy.
Nigdy nie wiem czy to już albo czy jeszcze.

I pewnie nigdy się nie dowiem.

Masz jakiś problem?

„Masz jakiś problem”..?
To pytanie zadane w ciemnej uliczce, zaraz po lokalnych barażach, przez pana o aparycji szwedzkiej szafy może sprawić, że naszemu organizmowi przepalą się styki i zamiast spieprzać albo chociaż porządnie przykozaczyć, dostaniemy palącej biegunki.
Niemniej! Serio pytam: masz problem? Bo jak masz, to zajebiście. A wiesz czemu? Bo każdy ma, ale większość z nas postawi płaski świat na głowie mitycznego żółwia, niż przyzna, że mu się któryś puzzel w życiowej układance popierdolił.

Wiem, że ten problem masz, a jeśli jeszcze Ty to wiesz, to jesteś na najlepszej drodze do komórki lokatorskiej albo garażu ojca po starą łopatę do zadań specjalnych i sukcesywnego wygrzebywania się z gówna.
You know what I mean… nie ma problemu – nie potrzeba rozwiązania. A jak problem uznasz, to może i zacznie Cię nagle uwierać jak kamyk w bucie, ale za to wreszcie go z tych białych kozaczków, z impetem, wypierdolisz.

Dla swojego dobra.

Tęsknota

Moje starsze dziecko kończy pewien etap w swoim życiu; niebawem pożegna przedszkole, a od września przywita szkołę. Nie jest to najłatwiejszy czas dla Niny: już dzisiaj płakała, wzruszając się na tęsknotę za ludźmi, dla których otworzyła swoje serducho; na tęsknotę, która tak naprawdę dopiero uderzy. Ciągle mówi jak bardzo jej smutno z powodu przyjaciółki, z którą nie będzie się już codziennie widywać.
Ja, generalnie, mam na sercu pancerz, nie jest mnie łatwo wzruszyć, ale moje córki mają na ten stan patent i monopol. Ich wrażliwość łamie mi serce, ale jednocześnie je skleja.
Dzisiaj rozmawiałyśmy z Niną o tym, że to co czuje jest całkowicie zrozumiałe i w gruncie rzeczy wspaniałe, bowiem mieć za kim i za czym tęsknić to wielka wartość.

Ty też o tym pamiętaj jeśli kiedyś żołądek ponownie boleśnie się skurczy, a łzy wybudują w gardle twardy mur, niepozwalający wybrzmieć słowom… tęsknisz, bo było warto.

Takie momenty

Droga na plac zabaw uraczyła nas dzisiaj martwą ptaszyną. Ta z kolei dała Ninie pretekst do wypuszczenia w przestrzeń trudnych pytań:
– Mamuś, czy śmierć jest dobra?
– Wydaje mi się, że nie jest ani dobra, ani zła. Po prostu jest.
– Bo wiesz… – zamyśliła się – jak sobie pomyślę, że nic na nią nie poradzimy, to wydaje mi się, że jesteśmy nikim, ale nie tak naprawdę.
– Nikim, a jednak kimś najważniejszym? Chyba rozumiem.
– Tak. I jeszcze… smutne jest to, że mogłabym już nigdy nie iść z tobą na spacer.
– Tego nie wiemy. Może już zawsze będziemy razem spacerować? – uśmiechnęłam się; trochę z powodu dziecięcych wniosków, ale najbardziej na myśl o wiecznej, wspólnej wędrówce.

Kilka chwil po naszej długiej i intensywnej rozmowie o przemijaniu, gdy dziewczynki, śmiejąc się w głos, szturmowały miejską fontannę, Nina podbiegła do mnie i zapytała:
– Mamuś, czy to może być życie? To, że teraz się cieszę?
– Tak, to jest życie, kochanie! – roześmiałam się, chociaż w gardle poczułam wzruszenie, a na plecach dreszcze.
– W takim razie kocham życie! – odkrzyknęła, biegnąc z powrotem do siostry.